sobota, 17 grudnia 2016

Tej fali protestu PiS już (chyba) nie zatrzyma

Rozpasanie polityków PiS-u w dziele ustawodawczego ograniczania praw i wolności obywateli oraz niszczenia pozycji Polski w świecie nabrało niebezpiecznych rozmiarów. Nie wystarczyło już obsadzanie wszystkich możliwych intratnych posad w biznesie i administracji publicznej przez Misiewiczów i ich szwagrów, szastanie publicznym groszem na lewo i prawo, krzywdzenia ludzi z powodu ich pracy w służbach mundurowych nawet po 1989 r., kosztownego dla finansów lokalnych i dla samej młodzieży zniszczenia systemu edukacji, trzeba było jeszcze ograniczyć możliwość protestowania przez obywateli przeciw tym działaniom oraz odciąć ich od informacji przez ograniczenie możliwości obserwowania poczynań rządzących przez dziennikarzy pod pretekstem ograniczenia liczebności dziennikarzy w gmachu Sejmu (Senatu pewnie też) i nękania przez nich parlamentarzystów. Miało to poprawić wizerunek parlamentarzystów, bo nie można by udokumentować np. obecności w parlamencie w stanie nadmiernego spożycia alkoholu i wynikających stąd nagannych zachowań. 
Nie są znane w szczegółach zapisy projektu postanowienia w sprawie obecności mediów w gmachu Sejmu, które miało być wprowadzona, ale z tego, co wiadomo, dawało ono możliwość selekcjonowania mediów uprawnionych do otrzymywania akredytacji oraz uniemożliwiała wgląd w okoliczności stanowienia prawa, podczas których dochodzi do działań karygodnych, jak uniemożliwianie zabierania głosu parlamentarzystom opozycji, głosowania "na cztery ręce" czy - jak to było widać ostatniej nocy - podpisywania przez posłów listy obecności już po zamknięciu posiedzenia izby.

Oznaczałoby to de facto monopol na informację dla mediów publicznych, które po roku rządów zostały do cna sprostytuowane oraz dla żywiących się kłamstwem i nienawiścią tzw. mediów niepokornych.
Demolując podstawy demokracji ekipa rządząca za nic miała narastającą falę protestów obywateli, organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji oraz powstające nowe ruchy obywatelskie. Odpowiedzią na protesty są próby dyskredytacji liderów opozycji oraz epitety na pograniczu tych pochodzących z arsenału propagandowego bolszewików oraz nazistów (element animalny), bo epitety typu "komuniści", "ubecy", "oderwane od koryta elity" to już codzienność. Cofnęła się tylko raz, gdy kobiety stanęły w obronie własnego zdrowia i życia. Prezes Kaczyński zapowiedział jednak, że trzeba czasem zrobić krok w tył, żeby potem zrobić dwa kroki wprzód, czyli jednak doprowadzić do całkowitego zakazu aborcji. I o ile mi wiadomo, te kroki, suflowane przez organizacje prolajfowe, są przygotowywane. Senat był gotów złagodzić zapisy ustawy o zgromadzeniach, ale większość sejmowa działająca pod dyktando Jarosława Kaczyńskiego, poprawki odrzuciła.
To wszystko wiodło do tego, co się wczoraj stało. Wystarczył kolejny akt odebrania głosu posłowi opozycji, żeby reakcją na nią stał się gwałtowny protest posłów opozycji. Oliwy do ognia dolał prezes PiS Kaczyński, który po swojemu posłużył się epitetami  i groźbami pod adresem opozycji. Jak należało się spodziewać, natychmiast zebrały się pod Sejmem tysiące manifestantów. I tu znów rozjątrzono opozycję przez użycie przemocy fizycznej przez policję. I to w sposób, który skrytykował minister spraw wewnętrznych Błaszczak, gdy użyto go wobec córki radnej PiS w Gdańsku.
Dziś, dzień po tych incydentach protest trwa nadal i wszystko wskazuje na to, że nie ustanie. KOD oraz partie demokratyczne zwołały wielotysięczną manifestację przed Pałacem Namiestnikowskim okazując wzburzenie pod adresem Andrzeja Dudy, który nie wypełnia należycie urzędu prezydenta. Oczywiście, prezydent na wszelki wypadek nie pojawił się w stolicy, czym potwierdził, że jest tylko marionetką w rękach Kaczyńskiego, a poza tym zwykłym tchórzem, nie mającym odwagi zmierzyć się z pokojowo manifestującymi obywatelami kraju, którzy przecież dali mu mandat do pełnienia urzędu.
Władza i podporządkowane jej media zachowują się jak każda władza, która czuje, że traci legitymizację. Na pasku kanału informacyjnego TVP tkwi informacja "Próba destabilizacji państwa", a premier rządu na uroczystości z udziałem Straży Pożarnej przemówiła w podobnym tonie, oskarżając opozycję o awanturnictwo. Brakło tylko słowa o warchołach.
Wydaje się, że władza swym zachowaniem wczoraj (kolejne akty łamania prawa, użycie sił policyjnych przeciw manifestantom) i dzisiaj (zamknięcie gmachu Sejmu przed mediami przy jednoczesnym wpuszczaniu doń ludzi z jakimiś tajemniczymi przepustkami) traci moralne prawo do sprawowania rządów, co ogłosili dziś liderzy partii opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej.  Manifestacja spod pałacu prezydenckiego przeszła pod gmach Sejmu i tymczasem stała się bardziej liczna, a liderzy opozycji zapowiadają, że dalsze protesty będą trwały aż do skutku. I nie przypuszczam, że za skutek uznane zostanie cofnięcie procedowania nad ograniczaniem wolności mediów i zgromadzeń, ani nawet odbycie lege artis debaty nad ustawą budżetową. Trwać będzie domaganie się podpisania przez rząd wszystkich postanowień Trybunału Konstytucyjnego (i ich wykonania, czyli cofnięcia antydemokratycznych ustaw), zaprzysiężenia legalnie wybranych sędziów i odwołania sędziów wybranych nielegalnie. A kto wie, czy głównym hasłem nie stanie się ogłoszenie nowych wyborów. Tym bardziej, że hasła takie dziś podczas manifestacji padały.
I tak oto Kaczyńskiemu udało się zjednoczyć całą opozycję demokratyczną. Otuchę dało mi wezwanie "prowokatora" wczorajszego casus belli, czyli próbującego zadać pytanie w debacie nad budżetem posła Michała Szczerby, żeby zabierający głos na mównicy podczas manifestacji nie informowali z jakiej są partii, bo od tej pory opozycja jest razem. Niestety, prowadzącemu wiec brakło refleksu i przedstawił następnego mówcę jako prezesa Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Widać jeszcze się z tym nie oswoił.

Zagraniczne media uważnie śledzą to, co od wczoraj dzieje się w Sejmie i na polskich ulicach. Zdjęcie z portalu Na temat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz