Parę dni temu otrzymałem zaproszenie na I Dolnośląski Kongres Kobiet. Nie wiem, jaki był klucz doboru uczestników. Nie sądzę, żeby
pamiętano mój niewielki artykulik o zbiorach literatury feministycznej w naszej
bibliotece, zamieszczony na stronie Feminoteki dobrych kilka lat temu. Więc może moja aktywność komentatorska na
Facebooku, kwitowana lajkami przez przedstawicielki różnych organizacji
kobiecych? Albo po prostu zdecydowało to, że pracuję w uczelni, która była
gospodarzem kongresu, a moje sympatyczne koleżanki krzątały się przy jego
organizacji.
Skorzystałem więc z tego zaproszenia, tym bardziej, że miałem do miejsca obrad bardzo niedaleko. Bez wątpienia sprzyjam bowiem wszelkim działaniom mającym na celu zapewnienie równych praw różnym grupom społecznym, które z powodów kulturowych
(obyczajowych, religijnych, ekonomicznych) są dyskryminowane, pomimo że konstytucja
im te prawa zapewnia. A już zwłaszcza, gdy one same się aktywizują. Kobiety, które do tych grup należą stanowią przecież połowę naszego społeczeństwa.. Płeć narzuca im role
domowe, zawodowe lub miejsca w hierarchii społecznej. Bo kobiety "od zawsze" były tymi, które mają obowiązek dbania o dom i dzieci, , umożliwiania mężom i synom robienia karier, powściągając własne ambicje życiowe i zawodowe. Nie z własnego wyboru przecież, lecz dlatego, że zostało im to narzucone przez silniejszych fizycznie mężczyzn, którzy stworzyli określone normy zachowania oraz prawa, a także przez maskulinistyczne systemy religijne. Obrazowo ujęła ten
syndrom prof. Mirosława Nowak-Dziemianowicz, która jeszcze niedawno łapała się
na tym, że gniewał ją nieład w pokoju córki i wzruszał bałagan w pokoju syna.