16 sierpnia 2020 r. Wypadki związane z łapanką na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie do dziś budzą emocje i "wyganiają" ludzi na ulice. Flagi tęczowe są powszechne. Policja jednak zachowuje pewien umiar. Ale zanim zdjęto zawieszoną w nocy "tęczówkę" na pomniku Prusa w Warszawie, pilnowało jej ośmiu "granatowych". Na Twitterze widziałem filmik pokazujący rowerzystę, który wolno jechał tuż przed samochodem szczującym na osoby nieheteronormatywne, że to one są głównymi sprawcami aktów pedofilii. Został on przez policjantów (oni już nie zasługują na takie ich nazywanie, więc od tego miejsca warszawskich "stróży prawa" będę nazywał "granatowymi") strącony z roweru i siłą zaciągnięty na chodnik.
Dziś "granatowi" utworzyli mur między manifestującymi sprzeciw wobec dyskryminacji osób LGBT+ a marszem nacjonalistów i neofaszystów, którzy setną rocznicę tzw. "Cudu nad Wisłą" (niczego nie umniejszając dzielnym żołnierzom i ich dowódcom) potraktowali jako okazje do manifestacji nienawiści do mniejszości seksualnych.
Ale w największych miastach całej Polski dziś dominowały flagi biało-czerwono-białe. Mieszkający w Polsce Białorusini, sądząc po wieku, głównie studenci i zarabiająca tu w usługach młodzież płci obojga, w części mający już polskich mężów i żony (obok mnie dziewczyna w kresową wymową witała się czule ze swoją teściową, nazywając ją mamą) manifestowali swoją bliskość z rodakami demonstrującymi wolę wolności od dyktatury Łukaszenki na ulicach i placach miast i miasteczek w ojczyźnie i sprzeciw wobec brutalności policji, dopuszczającej się tortur na tysiącach zatrzymanych ludzi. Z nimi zaś solidaryzowali się uczestniczący w manifestacjach Polacy, którzy też w zauważalnej liczbie przyszli na wrocławski Rynek. I zgodnie skandowali "Żywie Biełarus'!" oraz "Uchadi!".
Dziś "granatowi" utworzyli mur między manifestującymi sprzeciw wobec dyskryminacji osób LGBT+ a marszem nacjonalistów i neofaszystów, którzy setną rocznicę tzw. "Cudu nad Wisłą" (niczego nie umniejszając dzielnym żołnierzom i ich dowódcom) potraktowali jako okazje do manifestacji nienawiści do mniejszości seksualnych.
Ale w największych miastach całej Polski dziś dominowały flagi biało-czerwono-białe. Mieszkający w Polsce Białorusini, sądząc po wieku, głównie studenci i zarabiająca tu w usługach młodzież płci obojga, w części mający już polskich mężów i żony (obok mnie dziewczyna w kresową wymową witała się czule ze swoją teściową, nazywając ją mamą) manifestowali swoją bliskość z rodakami demonstrującymi wolę wolności od dyktatury Łukaszenki na ulicach i placach miast i miasteczek w ojczyźnie i sprzeciw wobec brutalności policji, dopuszczającej się tortur na tysiącach zatrzymanych ludzi. Z nimi zaś solidaryzowali się uczestniczący w manifestacjach Polacy, którzy też w zauważalnej liczbie przyszli na wrocławski Rynek. I zgodnie skandowali "Żywie Biełarus'!" oraz "Uchadi!".