niedziela, 13 stycznia 2019

Społeczna kontrola nad sądami



Politycy PiS i nieformalnego sojusznika tej szajki Kukiz'15 uzasadniali "reformę sądownictwa" potrzebą kontroli społecznej nad sądami i sędziami. Polegać ma na oddaniu władzy nad nimi parlamentowi (czy to w ogóle jest jeszcze parlament, skoro politycy opozycji mają pół minuty na wypowiedź?), który w myśl tej "reformy" niezgodnie z konstytucją wybrał Krajową Radę Sądownictwa, a ta "wybrała" sędziów do Sądu Najwyższego. Szczęśliwie zabezpieczenie działań "reformatorskich" przez Trybunał Sprawiedliwości w pewnym stopniu zmniejszyła skalę zniszczeń, ale nadal są one ogromne, głównie poprzez zahamowanie tempa wszczynania postępowań sądowych i ich wydłużenia (a miało być jego zwiększenie), a przede wszystkim poprzez radykalne obniżenie autorytetu sądów i sędziów. Ostatnio jeden z ministrów nawet w ogrodzie któregoś sędziego "znalazł"  sztabki złota i pochwalił się tym znaleziskiem na forum Parlamentu Europejskiego.

Ten argument o potrzebie zwiększenia społecznej kontroli sądów i sędziów przez społeczeństwo jest wciąż powtarzany. Rzecz w tym, że przez społeczeństwo rozumiany jest parlament oraz minister sprawiedliwości, który otrzymał tak daleko idące kompetencje, jakie mają tylko jego odpowiednicy w dyktaturach i innego typu satrapiach: mianuje i odwołuje zarządy sądów, a nieformalnie wpływa na wyroki poprzez sterowaną przez siebie ręcznie prokuraturę oraz rzeczników dyscyplinarnych sądów, którzy wszczynają śledztwa wobec sędziów ceniących sobie swoją niezależność i niezawisłość lub np. wdziewają koszulki z napisem "Konstytucja". Sojusznika ma także w ministrze spraw wewnętrznych i komendantów policji, polecających policjantom i służbom specjalnym znajdowanie pretekstów do wszczynania śledztw i postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów,  ale także kierujących się prawami wywiedzionymi z konstytucji prokuratorów.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Czy koalicja partii opozycyjnych jest realna?


Politycy opozycji od lewa do prawa oraz wielu obserwatorów bieżącej polityki nawołuje do zjednoczenia sił demokratycznych, gdyż w tym upatruje szans na pokonanie kliki rządzącej. System podziału mandatów według metody d'Hondta premiuje zwycięzców.

Owszem, trzy lata temu partia Kaczyńskiego zyskała większość w Sejmie mając raptem 38 procent głosów. Ale nawołujący do zjednoczenia zdają się zapominać, że SLD w 2001 r., a PO  w 2007  i 2011 r. nie zyskały większości choć zdobyły ponad 40 procent głosów. Nie zwracają też uwagi na to, że PiS wprowadził znacznie ponad 50 procent mandatów Senacie, choć tu system d'Hondta nie obowiązuje. A jakby tego było mało, tzw. Koalicja Obywatelska, powstała na skutek dołączenia do PO Nowoczesnej i części lewicy, uzyskała efekt nader umiarkowany. Powiększyła tylko w porównaniu z rokiem 2014. liczbę prezydentów miast, częściowo zresztą dzięki temu, że w końcu zdecydowała się poprzeć kandydatów mających szanse na wygraną, mimo jej poparcia. Co pokazał wynik wyborów prezydenta Gdańska, który tego poparcia nie otrzymał, a i tak wygrał. Ale już w wyborach do rad miast "prezydenckich" tej wygranej nie było. A im bardziej od metropolii tym było gorzej.

Trzeba sobie powiedzieć jasno: SLD i PO nie wygrało z ponad 40 procentami poparcia, gdyż miały silniejszą opozycję niż PiS w 2015, który miał słabą opozycję. A już zwłaszcza słaba okazała się Platforma Obywatelska, która nie potrafiła zmobilizować swego elektoratu. Mało tego, swoim sposobem sprawowania rządów w latach 2011-2015 uderzała weń jak nie ustawami skierowanymi przeciw klasie średniej, to lekceważąc jej oczekiwania, wyrażane setkami tysięcy podpisów pod petycjami i projektami ustaw.

niedziela, 16 grudnia 2018

Opozycja musi wygrać wybory. Ale co dalej?


Większość polityków opozycji oraz obserwatorów sceny politycznej, głównie politologów i dziennikarzy, nawołuje do zjednoczenia opozycji, gdyż metoda liczenia głosów d'Hondta jest nieubłagana - premiuje zwycięzców. Nie dodaje się już, że premiuje też, choć w mniejszym stopniu, komitety wyborcze, które osiągają dobry, dwucyfrowy wynik.  

Jedni między wierszami, a inni, jak ostatnio niedawny prezydent Komorowski, wprost głoszą potrzebę stworzenia koalicji wokół najsilniejszej partii opozycyjnej. Przemawiają za tym nawet sondaże.
Trudno odmówić kierownictwu Platformy Obywatelskiej i samemu Grzegorzowi Schetynie zasługi, że partia po przegraniu wyborów  w 2015 r. nie rozsypała się i nawet w sondażach lekko zyskuje. Ale trudno też zaprzeczyć, że złożyły się na i inne czynniki, szczególnie słabość innych partii opozycyjnych (Nowoczesna nawet przez krótki czas miała większe poparcie niż PO, ale w najgłupszy z możliwych sposobów je szybko przeputała), ujawnianie wciąż nowych i groźnych afer w partii (a właściwie ni to szajki, ni mafii) rządzącej oraz nadzieja na powrót Donalda Tuska, który oczywiście stanąć powinien na czele PO lub zjednoczonej opozycji.

sobota, 1 grudnia 2018

Jaka Polska Po PiS-ie?

Za rok - być może - będziemy już po wyborach parlamentarnych. Piszę "być może", gdyż rządząca klika w obawie o przegraną i jej konsekwencje, może nam zafundować jakiś powód, np. stan wyjątkowy, żeby do wyborów nie doprowadzić. Albo wysmażyć taką ordynację, która zapewni im wygraną. Wiedzą bowiem, że tym razem "polityki miłości" na pewno nie będzie, gdyż byłoby to demoralizujące dla ogółu obywateli.

Jeszcze żadne ugrupowanie polityczne nie przedstawiło swojej wizji państwa. Być może wszystkie czekają z jej ogłoszeniem we właściwym czasie, a więc na kilka miesięcy przed wyborami. O ile jednak jakoś nie słychać krytyki pod adresem partii, które już rządziły lub współrządziły, bo mniej więcej ich ideologia jest znana, a rządy pamiętane, o tyle zewsząd słychać zniecierpliwienie pod adresem tworzącego się ugrupowania Roberta Biedronia. Trochę bierze się ono z autentycznego zaciekawienia, a trochę z obawy, że zagrozi ono pozycji partii ugruntowanych jakoś na polskiej scenie politycznej, a trochę z autentycznej bojaźni, że powstanie nowego bytu, którego twórca zarzeka się, że nie wejdzie do koalicji demokratycznej, osłabi szansę na odsunięcie PiS-u od władzy. A jakby na to nie patrzeć, ten cel należy uznać za najważniejszy, gdyż jeśli się go nie osiągnie, Polsce grozi całkowity upadek i osunięcie się do takiej pozycji, że mimo relatywnie centralnego usytuowania na mapie Europy i dużej liczby ludności, będzie się w relacjach międzynarodowych mniej liczyła niż mikrokraje.

sobota, 10 listopada 2018

Faszyzacja Polski postępuje

Rok temu z okładem zapytywałem "Czy to już faszyzm, czy dyktatura?" *. Spotykałem się wtedy z uwagami, że zbyt pochopnie wydaję oceny i że braknie mi słów do opisu stanu rzeczy, gdy eskalacja zjawisk nabierze tempa. Tymczasem zdarzyły się zeszłoroczne tzw. Marsze Niepodległości w stolicy i we Wrocławiu, z faszystowskimi i rasistowskimi hasłami na jego czele, z wezwaniami do przemocy (we Wrocławiu słyszałem na własne uszy), pobicia i poranienia osób próbujących przeciw temu marszowi zaprezentować swój sprzeciw, a późniejszym postawieniem ich przed sądem, podczas gdy do dziś bezkarni są sprawcy pobić. Rządzący zaś zamiast potępić i ukarać organizatorów owego marszu, którego uczestnicy szli pod faszystowskimi sztandarami, wykrzykiwali nienawistne hasła, masowo podpalali zakazane prawem race, chwalili ich, bagatelizując akty jawnego bezprawia.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Czy już można mówić, że PiS się kończy?

Po ogłoszeniu w niedzielę o 21.00 wyników drugiej tury wyborów na jednoosobowe organy samorządowe przeczytałem na Twitterze trzykrotnie powtórzony okrzyk "PiS się kończy!".
Faktycznie,  w pierwszej turze w wyborach na prezydentów największych polskich miast kandydaci rekomendowani przez Koalicję Obywatelską bądź przez lokalne komitety wyborcze wgrali, czasem w tzw. abcugach lub przeszli do drugiej rundy z większym poparciem niż kandydaci rekomendowani przez PiS. Który z kolei powiększył swój stan posiadania w sejmikach, kosztem głównie Stronnictwa Ludowego.
Druga tura potwierdziła zarysowaną tendencję. Wyborcy w niemal wszystkich miastach, nie tylko dużych, głosowali przeciw kandydatom PiS, lub jak kto woli zjednoczonej prawicy, co na jedno wychodzi. Otwarcie przyznał to rekomendowany przez szajkę Kaczyńskiego dotychczasowy prezydent Kielc, według którego tacy jak on nie mieli  szans. Nawet w tych miejscowościach, do których przyjechali w ramach kampanii premier lub prezes i obiecywali mieszkańcom złote góry. Zresztą, nawet tak zdeklarowani aktywiści tej partii jak Jaki czy Wassermannówna zdystansowali się od niej, a inni unikali jej logo lub sztandarów.


niedziela, 14 października 2018

Czym PiS uwiódł miliony Polaków?

Miałem swój pomysł na odpowiedź na to pytanie, z którym dzieliłem się w rozmowach, ale nie śmiałem podać jej publicznie. Tym bardziej, że swoje teorie wygłaszali utytułowani socjolodzy i politolodzy, a jeden z nich poparł je badaniami jakościowymi w małych miejscowościach, które razem nazwał Miastkiem.
Wynika z nich, że PiS nie tylko trafnie zdiagnozował oczekiwania społeczne, ale i znalazł na nie receptę. Mianowicie dostrzegł tę grupę ludzi, na ogół zamieszkującą małe miasta i wieś, która z trudem wiąże koniec z końcem i znalazł sposób, żeby poprawić jej los poprzez dodatek do wynagrodzeń zwany popularnie 500+. Nikt bowiem, nie ma złudzeń, że służyć ma ona zwiększeniu prokreacji, ale dzięki temu rodziny w młodym i średnim wieku mogły poprawić swoją siłę nabywczą, a nawet pozwolić na drobne inwestycje typu sprzęt gospodarstwa domowego,  telewizor plazmowy czy nawet przechodzony samochód.  A że dodatek ten dostają też rodziny dobrze i bardzo dobrze zarabiające, więc kryterium dochodowe nie jest dla rodzin słabszych ekonomicznie stygmatyzujące,. a więc uwłaczające ich poczuciu godności.