poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Wolne sądy! Wolne sądy! Czy jest jeszcze nadzieja?

Oszustwo rezydenta Pałacu Namiestnikowskiego sprzed roku, kiedy zastraszony wielotysięcznymi manifestacjami w całym kraju zdecydował się zawetować jedną z przedłożonych mu ustaw zmieniających ustrój sądowniczy, żeby potem przedstawić własną ustawę, uzgodnioną w treści z Nowogrodzką, przyniosło efekt. Tegoroczne manifestacje, w obronie już tylko resztek niezależności sądów, czyli samego tylko Sądu Najwyższego, są mniej liczebne.  I nie zatrzymały walca mającego całkowicie podporządkować sądy władzy wykonawczej. Ustawa o tym organie państwa w ciągu niespełna roku była już pięć razy nowelizowana i już widać w niej dziury, które PiS zechce załatać kolejną nowelizacją. Okazuje się bowiem, że minął ustawowy termin powołania nowego I prezesa. Co prawda, tyle już ta ekipa ustaw złamała, że może i tę i powoła I prezesa bez oglądania się na ustawowe - przez siebie ustalane -terminy.
O farsie z wyłanianiem kandydatów do  nowego, poszerzonego, składu Sądu Najwyższego nie ma pisać. Żałować należy, że mała grupka sędziów dała się w to wmanewrować i teraz przygląda się bezradnie ekscesom stanowiących większość członków Krajowej Rady Sądownictwa wybranych spośród polityków i ich popleczników, co których do  dziś nie wiadomo, kto ich rekomendował. Niektórzy zresztą udają, że wszystko jest lege artis.
Ciekawe, jakie następstwa przyniesie dzisiejsze postanowienie Sądu Najwyższego o skierowaniu pięciu pytań do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej m.in. dotyczących trybu wyborów sędziów do tego organu oraz o zawieszeniu procedowania wyboru sędziów do Sądu Najwyższego. W demokratycznym państwie władza wykonawcza i ustawodawcza zastosowałaby się do niego i wstrzymała natychmiast procedowanie, którego prawomocność została przez Sąd Najwyższy zakwestionowana i który nakazał wstrzymanie. Natomiast władza neo-PRL-owska nie tylko ustami członków rządu, ale i podporządkowanych jej gremiów sądowniczych, głównie Trybunału Konstytucyjnego kwestionuje legalność wystosowania zapytań i deklaruje brak zamiaru dostosowania się do urzeczenia Sądu Najwyższego. Taka samowola władzy wykonawczych nie miałaby prawa zdarzyć się w żądnym państwie demokratycznym. Członek rządu musiałby zniknąć ze sceny politycznej, a parlamentarzysta utracić mandat najdalej następnego dnia po wygłoszeniu tych anarchicznych słów.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Wciąż tkwimy w kręgu antysemickich stereotypów

Nie mam bynajmniej na myśli osób, które wyraźnie uprzedzone są do narodu żydowskiego i się z tym nie kryją, ale ludzi takich jak ja, którzy nie znajdują powodu, żeby sądzić o jakimś narodzie, że jest zły lub dobry lub że istnieje coś takiego, jak charakter narodowy.
Czytając jednak kolejną książkę Henryka Grynberga, Monolog polsko-żydowski  (Wydawnictwo Czarne, 2012), co chwila łapałem się na tym, że nie potrafiłem zdekonstruować obiegowych opinii oraz tez zawartych w publicystyce osób, których żadną miarą nie zakwalifikowałbym jako antysemitów. A przecież eksponowanie dziś żydowskiego pochodzenia osób żyjących w Polsce i uważających się za Polaków, a już zwłaszcza zamartwianie się ich rzekomą nadreprezentacją w polityce, nauce lub sztuce, jest niczym innym jak dość prymitywną forma antysemityzmu!
Prosta sprawa, uznajemy za rzecz oczywistą, że o okrucieństwie bezpieki w czasach stalinowskich zdecydowała lub w każdym razie miała znaczenie duża liczba funkcjonariuszy pochodzenia żydowskiego. Których chętnie zatrudniano, bo byli nieźle wykształceni, mieli przynajmniej maturę. Ale, pisze Grynberg "Czy stalinizm w Polsce byłby łagodniejszy, gdyby wszyscy stalinowcy mieli w żyłach czysto polską krew? To, co się działo w Bułgarii i Albanii, gdzie nie było Żydów u władzy, wskazuje, że przeciwnie. A najdłużej stalinizm trwał w NRD, gdzie ich prawie nie było" (s. 29).  


niedziela, 10 czerwca 2018

Jak wzmocnić Unię Europejską

Już kilka tygodni temu przeczytałem wywiad rzekę Enrico Letty Europa w brutalnym świecie (Warszawa : Dialog, 2018), ale obowiązki zawodowe kazały mi pisać coś całkiem innego. Nie mogę jednak zbyć tej książki jedna czy dwiema notkami na Facebooku, gdyż chciałbym zachęcić do jej lektury kogo się tylko da.
Nie tylko dlatego, żeby czytelnicy dali się uwieść zarysowanej przez Lettę (byłego premiera Włoch i europosła, a obecnie kierownika Katedry Stosunków Międzynarodowych paryskiej uczelni Sciences Po) wizji Unii, lecz, żeby chcieli poznać parę ogólniejszych elementów wiedzy o polityce, przydatnych w krytycznym odbiorze racji wypowiadanych przez naszych polityków - rządzących i opozycyjnych. Jeśli mój wpis doczyta do końca choćby kilkadziesiąt osób, a po książkę sięgnie kilka, będę mógł uznać, że warto było poświęcić godzinę na pisanie.

środa, 6 czerwca 2018

Bój o prezydenturę Wrocławia rozpoczęty. Falstarterm


Do wyborów samorządowych jeszcze ponad pięć miesięcy, ale w większości miast metropolitalnych bój o stanowiska prezydentów już się rozpoczął. 

Kiedy w PiS-ie (rozwinięcie tej nazwy urąga praktyce przyzwoitego rządzenia) dywagowano nad kandydaturą na prezydenta Warszawy (nie było chętnych, ale wyznaczony został Patryk Jaki), Platforma Obywatelska (mająca w realizacji obecnych władz coraz mniej obywatelskości) wyznaczyła Rafała Trzaskowskiego, a w porozumieniu z Nowoczesną kandydatem na wiceprezydenta stał się pretendent koalicjanta PO do stanowiska prezydenta Paweł Rabiej. Początkowo ten drugi nie czekając na oficjalne ogłoszenie początku kampanii odbywał intensywną turę spotkań z mieszkańcami stolicy, które de facto były spotkaniami przedwyborczymi. Przedstawiciel PiS-u już bez ogródek rozpoczął akcję wyborczą, więc i Trzaskowski przestał udawać, że to zwykłe spotkania  z ludźmi, którzy wybrali go do Sejmu.
Teraz zarówno z trudem rodzący się sojusz PO i Nowoczesnej oraz PiS mają  swoich kandydatów w kilku dużych miastach.
Nie liczący się zbytnio z lokalnymi wrocławskimi strukturami partii przewodniczący PO wyznaczył we Wrocławiu posłankę Alicję Chybicką. a kiedy ta skompromitowała się głosowaniem za odrzuceniem projektu ustawy "Ratujmy kobiety" w pierwszym czytaniu, znów w zasadzie bez konsultacji, bo wrocławski aktyw tej partii potulnie  zagłosował za kandydaturą niedawnego polityka PiS Kazimierza Michała Ujazdowskiego, który nie godząc się na łamanie konstytucji przez PiS wystąpił z tej partii. Ale nie przestał być zajadłym konserwatystą, by nie rzec wstecznikiem, popierającym działania dążącej co zniewolenia kobiet organizację Ordo Iuris i zdecydowanie dystansującego się od działań na rzecz równych praw mniejszości.
Nowoczesna opowiedziała się za Michałem Jarosem, który w trakcie tej kadencji Sejmu zmienił barwy klubowe z PO na Nowoczesną. Ale najwyraźniej nie godząc się z decyzją Schetyny zawarł porozumienie z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, otoczenia dotychczasowego prezydenta miasta Rafała Dutkiewicza i częścią ruchów miejskich poparł kandydaturę dotychczasowego urzędnika z ratusza wrocławskiego Jacka Sutryka, sprawdzającego się na stanowisku dyrektora departamentu spraw społecznych.
Zaś kandydatką PiS jest pretendentka do tego urzędu w poprzednich wyborach Mirosława Stachowiak-Różecka.

czwartek, 3 maja 2018

Liberał to nie epitet

W systemie gospodarki nakazowo-rozdzielczej tęskniliśmy do gospodarki wolnorynkowej. Zachwyciliśmy się nawet reformą Mieczysława Wilczka pod rządami Rakowskiego, polegającej na niemal całkowitych wolnościach gospodarczych. Jeszcze dalej poszedł Leszek Balcerowicz po objęciu rządów przez ekipę solidarnościową po wygraniu wyborów w 1989 r., który prywatyzował wszystko co się dało.Nawet dobrze prosperujące państwowe przedsiębiorstwa rolnicze.
Szybko jednak okazało się, że na tej swobodzie skorzystali spryciarze, którzy mając tzw. dojścia uwłaszczyli się na prywatyzowanych przedsiębiorstwach i ich majątkach. Ujawniły się też afery wynikające z nieszczelności systemu celnego, np. związane z importem alkoholu czy papierosów.
Kolejne rządy zmuszone były więc zatykać te dziury, co spotykało się jednak z krytyką przedsiębiorców, ale i mediów zajmujących się gospodarką, i wyrażaniem tęsknoty za wolnością stworzoną przez Wilczka. Drogą wytyczoną przez Balcerowicza szły kolejne ekipy rządowe, a wręcz prymusem  okazywały się rządy po-PRL-owskiej lewicy. W efekcie mimo głoszonych haseł o zapewnieniu dla wszystkich równych szans pogłębiało się rozwarstwienie społeczne obywateli, przyhamowane (ale nie zatrzymane) dopiero pod rządami koalicji PO-PSL, na co wskazuje malejący tzw. czynnik Giniego, będący narzędziem pomiaru równości ekonomicznej.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

O tym, jak Polacy donosili do niemieckiego okupanta


Kto zna bliżej historię własnego narodu, ten wie, że w przeszłości nie był on bezgrzeszny, jak by chcieli widzieć go - i pokazywać światu - dzisiejsi spece od polityki historycznej. Był po prostu taki, jak inne narody w naszym kręgu cywilizacyjnym. Miał w swej historii okresy chwały, ale i epizody będące powodem do wstydu, miał swoich bohaterów, ale miał i zdrajców, miał ludzi przyzwoitych, ale i  szubrawców. Choć przyznać trzeba, że aby móc tak twierdzić z całą pewnością, trzeba by lepiej znać historię innych narodów.
Mam przed sobą niewielką rozmiarami książkę znanej badaczki losów Żydów w naszych dziejach najnowszych Barbary Engelking Szanowny panie gistapo : donosy do władz niemieckich w Warszawie i okolicach w latach 1940-1941, wydaną przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów.
Jest to analiza zbioru ponad 200 donosów obywateli polskich do władz okupacyjnych z lat 1940-141 przechwyconych w większości przez jedno z ugrupowań Armii Krajowej, którego zadaniem było przechwytywanie w urzędach pocztowych pism, najczęściej anonimowych, w obawie przed wykryciem przez konspirację antyniemiecką, i ostrzeganie osób, na które donoszono przed grożącym im niebezpieczeństwem. Z tego powodu na wielu z nich były odręczne adnotacje o próbach zastania ich pod wskazanymi adresami. Czasem próbach kilkakrotnych.

niedziela, 8 kwietnia 2018

PiS-owska polityka bezwstydu może okazać się ozdrawiająca

Polityka historyczna PiS-u miała na celu zastąpić rozwijającą się z trudem debatę na temat zachowań ludności polskiej w czasie ostatniej wojny, które zwłaszcza historycy IPN, a za nimi politycy PiS nazwali "polityką wstydu", swoiście rozumianą polityką godności.
Rzecz w tym jednak, że z wyjątkiem lat 2005-2007 właściwie trudno mówić o jakiejkolwiek polityce historycznej państwa. Badania historyczne na uniwersytetach, w Polskiej Akademii Nauk  i rozmaitych innych placówkach badawczych rozwijane były bez ingerencji państwa. Nawet w Instytucie Pamięci Narodowej badania nad historią najnowszą Polski miały charakter wielonurtowy, choć jednostronny metodologicznie, gdyż większość tematów badawczych miała w tytule dodane "w świetle akt bezpieki", albo przynajmniej powinna była mieć.
Forsowana przez nowe kierownictwo IPN i jego radę naukową , a wspierana przez rząd, w tym szczególnie przez ministerstwo sprawiedliwości oraz ministerstwo kultury, polityka godności narodowej, sprowadza się do wybielania ciemniejszych kart polskiej historii, a eksponowania zbrojnych czynów bohaterskich. Widać to w skandalicznych zmianach wystaw i stałych ekspozycji w Muzeum II Wojny Światowej, tak, żeby ukryć hekatombę ludności cywilnej, a pokazać wojnę jako okazję do wojaczki, w podręcznikach historii - i - jak na razie bezowocnych - próbach doprowadzenia do filmów fabularnych ukazujących zwycięskie batalie w polskiej historii. Ale też w atakach na kierownictwa muzeów związanych z Holokaustem.