środa, 6 grudnia 2017

Nowe hasło: Precz z PiS-em!

Kiedy dwa lata temu PiS zaczął demolowanie systemu demokratycznego Polski i osamotnianie jej w polityce międzynarodowej, na co odpowiedzią było m.in. powołanie Komitetu Obrony Demokracji, rozpoczęła się dyskusja nad tym, w jaki sposób poszerzać front sprzeciwu. Pojawił się dość szybko projekt nowej, lepszej konstytucji, który miałby zabezpieczać Polskę przed ewentualnymi następnymi wandalami, m.in. przez stworzenie poprawę mechanizmu powoływania sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
Dziś już dla każdego, z wyjątkiem co naiwniejszych posłów ugrupowania Kukiz'15, jasne jest, a w każdym razie jasnym być powinno, że jak do władzy dochodzą wandale, to niszczą wszystko, nawet najlepsze prawne zabezpieczenia.
Dość zgodnie głoszono, że niemożliwy jest, a w każdym razie mało atrakcyjny dla wyborców powrót do polityki wewnętrznej sprzed października 2015 roku. Że trzeba pracować nad bardziej prospołeczną koncepcją rządzenia. Głosili to politycy partii opozycyjnych, szczególnie PO oraz lewicowe ugrupowania pozaparlamentarne, a przede wszystkim zdający znać się na wszystkim publicyści, wytykający przy okazji błędy poprzedniego rządu. Byłem zresztą podobnego zdania, o czym tu pisałem.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Daremna śmierć Szarego Człowieka (?)

Jutro minie 40 dni od au-da-fe Piotra Szczęsnego przed Pałacem Kultury. Kilka dni potem umarł. A że stało się to tuż przed Świętem Zmarłych, na wielu cmentarzach całej Polski wydzielono miejsca, w których przychodzący odwiedzić groby swoich bliskich, mogli zapalić znicze także dla Niego.
W wielu miastach też upamiętniono tę śmierć przez organizowanie manifestacji na centralnych placach. Zapalono znicze i rozwinięte napisy informujące o istocie rzeczy. Czytano też zgromadzonym  na głos manifest i rozdawano jego egzemplarze osobom zatrzymującym w miejscach tych manifestacji lub przechodzącym.
Nie wiem, jak to wyglądało gdzie indziej poza Warszawą, gdzie można mówić o o setkach, może tysiącu ludzi, we Wrocławiu  w Rynku, przy Pręgierzu jednego wieczora było nas może dwadzieścioro kilkoro, drugiego pięćdziesięcioro. Zatrzymało się i wzięło ulotki może drugie tyle, a trochę ludzi wzięło ulotki i poszło sobie dalej. Najczęściej jednak omijano nas z daleka, chowano ręce za siebie, a czasem słyszeliśmy coś o Sorosu lub wezwania, żebyśmy wzięli się do roboty. O 20.00 w ciemny listopadowy wieczór! Chciałem spytać te  starszą panią, co ona robi w ten wieczór w Rynku, ale lepiej było udać, że się nie słyszy.
A potem Piotr Szczęsny został z honorami i wzruszającym kazaniem ks. Bonieckiego pochowany, a w gazetach pojawiły się dość licznie klepsydry o śmierci i pogrzebie "Szarego Człowieka".

sobota, 18 listopada 2017

Mamy faszyzację Polski, czy jeszcze nie?

O wnioskach z historii mówi się rozmaicie. Starożytni mawiali ponoć, że historia jest nauką życia. Hegel był jednak co do tych nauk sceptyczny, skoro powiedział, że historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła. Zaś Marks orzekł, że historia się powtarza, ale w postaci farsy. Nad tym wszystkim unosi się memento sformułowane nie wiem już czy przez Parkinsona, czy Petera, że ze wszystkich scenariuszy przyszłości zwykle spełnia się ten najgorszy.
Sam skłonny jestem do przyznania racji Heglowi. Czyli, że historia lubi się powtarzać. Niestety, większość albo jej dostatecznie nie zna, albo sobie z jej nauk nic lub niewiele robi.
Piszę  o tym w kontekście zdarzeń z ostatnich dwóch lat, a które nabrały teraz przyspieszenia. Rok temu zdarzały się poturbowania manifestujących pod sztandarami Komitetu Obrony Demokracji, wobec których rządzący okazali ustami swojej rzeczniczki zrozumienie. W grudniu zaczęło się nękanie legalnie protestujących poprzez legitymowanie ich oraz wzywanie na policję w celu złożenia wyjaśnień i ewentualnie nakładanie pieniężnych kar porządkowych pod absurdalnymi oskarżeniami, byle tylko dopasować je do kodeksów. Do tego latem doszło do usuwania manifestujących z ulic i zatrzymań na posterunkach policji, co jednak nie jest tak formalnie nazywane. Ostatnio zatrzymani bywali wożeni z posterunku na posterunek, żeby wydłużyć w czasie ich ograniczenie wolności. Zatrzymany został nawet dziennikarz tygodnika "Polityka". Służyć to ma zastraszaniu obywatelki i zniechęcaniu ich do aktywności obywatelskiej. W listopadzie samospalenia na znak protestu wobec polityki rządu dokonał Piotr Szczęsny. Zamiast otrzeźwienia w szeregach rządzących spowodował tylko ich wzruszenia ramion, a w prorządowych mediach nieprzystojne przyzwoitym ludziom drwiny.

sobota, 11 listopada 2017

Do czego to prowadzi? Gdzie my żyjemy?

Kiedy blisko trzy lata temu pisałem tu o nadchodzącym faszyzmie słyszałem w rozmowach, że niepotrzebnie histeryzuję, podobnie jak sędziwy prof. Jedlicki, którego głos na swoim blogu przywoływałem. Podobne reakcje wywołał mój wpis z początku tego roku, gdy symptomy grozy stawały się coraz bardziej wyraźne, gdyż gołym okiem widać było, że Polska brunatnieje i coraz bardziej podobne do tego, co się działo na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych w Niemczech i Austrii, gdzie jednak rządzący od ruchów skrajnie nacjonalistycznych się dystansowali i nawet nie okazywali im zrozumienia. Choć zarazem byli coraz bardziej wobec nich bezsilni.
Mam nadzieję, że po tym, co się stało parę dni temu i dziś, gdy policja aresztuje (ona to nazywa zatrzymaniami na okoliczność potrzeby spisania) ludzi prewencyjnie i nie tylko toleruje manifestacje neofaszystów, ale i je ochrania, mimo że ci łamią prawo. Bo czymże jest zapalanie rac na ulicach ze świadomością, że narusza się ustawę o zgromadzeniach publicznych i że ich resztki mogą spaść i ranić ludzi. We Wrocławiu skończyło się to nadpaleniem włosów jednej z osób, która przyszła okazać neofaszystom dezaprobatę.
Zaś ci nie niepokojeni przez policję szli w dużej części umundurowani, z faszystowskimi opaskami na rękawach, z takimiż sztandarami i wykrzykiwanymi hasłami, gęsto okraszanymi wulgaryzmami. Za rapowane na imprezie na ogrodzonym terenie Jurek Owsiak znacznie łagodniejsze teksty stawał przed sądem i został - co prawda mało dotkliwie - ukarany.

sobota, 28 października 2017

Chodzić czy nie?

Niedługo miną dwa lata od pierwszej manifestacji przeciw działaniom ekipy PiS, wtedy konkretnie przeciw nie uznaniu postanowienia Trybunału Konstytucyjnego, chyba o legalności wyboru sędziów tego gremium przez Sejm poprzedniej kadencji. Jej liczebność zachęciła środowiska opozycyjne skupione wokół  rosnącego w siłę z dnia na dzień Komitetu Obrony Demokracji skłoniła organizatorów do kolejnych zgromadzeń lub marszów, już nie tylko w Warszawie, bo przecież nie każdy ma tyle czasu i pieniędzy, lecz w większości wielkich miast. Największy marsz protestu, w lutym 2016 r. ściągnął do Warszawy blisko 200 tysięcy uczestników, a kilkanaście tysięcy dalszych manifestowało swój sprzeciw m.in. w Krakowie, Gdańsku i Wrocławiu.
Ale już w połowie tamtego roku pojawiły się sygnały zniechęcenia, gdyż protesty nie zatrzymały marszu władz ku coraz dalej idącemu niszczeniu państwa i jego relacji międzynarodowych. Nadzieje przywrócił sukces Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, które na początku października w liczbie dziesiątek tysięcy kobiet mimo ziąbu i deszczu przemaszerowały ulicami już nie tylko stolicy i wielkich miast, ale też miast średnich i małych, a do tego ogłosiły strajk (właściwie jednak wykorzystując dzień urlopu) lub przyszły do pracy ubrane na czarno. Dało to skutek. Rząd odstąpił od forsowania ustawy zaostrzającej tzw. ustawę aborcyjną. A właściwie odłożył na bardziej sprzyjający czas. Kolejnym zrywem protestu było ograniczenie praw dziennikarzy do obecności na posiedzeniach Sejmu. Niestety, w tym czasie wybuchła afera z rachunkami wystawionymi przez przewodniczącego KOD-u na swoją firmę, zaś politycy opozycji, którzy na znak protestu postanowili nie opuszczać gmachu Sejmu i jednocześnie wezwali manifestujących do poparcia ich postawy, zachowali się w czasie świąt Bożego Narodzenia niejednolicie, a przywódcy dwóch największych  partii wręcz skandalicznie.


poniedziałek, 23 października 2017

Czy warto (jeszcze) stawiać na Platformę?

Mam ambiwalentny stosunek do tej partii. Dość, że ani sześć lat temu, ani dwa nie oddałem na nią głosu. O ile w 2007 r. była jedyną alternatywą dla PiS i deklarowała rozliczenie dwóch lat fatalnych rządów, o tyle po czterech latach widoczne już było, że i ta obietnica i wiele innych głoszone były tylko na użytek kampanii wyborczej. Nie lepiej było po następnych czterech latach. Owszem, powstały autostrady, stadiony i Orliki, wyrazem realizmu i iw pewnym stopniu także odwagi były ustawy o przesunięciu kapitału emerytalnego z OFE do ZUS oraz podniesienie wieku emerytalnego, a w pewnym sensie także posłanie sześciolatków do szkoły. Ale w kwestiach społecznych partia czyniła tylko tyle, ile poszczególnym grupom społecznym, np. rodzicom dzieci niepełnosprawnych, udało się wyszarpać w drodze strajków i protestów. No, byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał o wydłużeniu urlopu macierzyńskiego do roku i umożliwieniu wykorzystania jego części przez ojców oraz o zasiłkach dla rodziców przez pierwszy rok po urodzeniu dziecka. Niestety, rząd koalicji uczynił to zbyt późno i nie wykorzystał tego faktu propagandowo, bo trwała już w najlepsze kampania wyborcza.
O, właśnie! To była koalicja, w której partii centrowo-liberalnej  z dość wpływowym prawym skrzydłem, towarzyszyła partia konserwatywno-ludowa mocno związana z Kościołem, co utrudniało lub zgoła czyniło niemożliwym przeprowadzenie ustaw o charakterze równościowym.

środa, 11 października 2017

Jakimi jesteśmy obywatelami?

Dolnośląska Szkoła Wyższa jest miejscem interesujących zdarzeń o rozmaitym charakterze, nie tylko naukowym. Niedawno uczestniczyłem w wernisażu wystawy ekspresyjnych masek z papieru wykonanych przez wrocławskiego artystę a zarazem bibliotekarza i bibliotekoznawcy Rafała Werszlera, potem na inauguracji filmów optymistycznych, tzn. kończących się happy endem, a dziś odbyła się któraś już z rzędu debata humanistyczna.
Oto Fundacja Instytut Spraw Publicznych (mamy w bibliotece chyba już kilkadziesiąt książek z sygnetem ISP na okładce, a nie zwróciłem dotąd uwagi, że jest to fundacja) wraz ze swoimi odpowiednikami w państwach Grupy Wyszehradzkiej przeprowadził we wrześniu badania na temat podejścia Środkowoeuropejczyków do zjawisk o charakterze społecznym i politycznym oraz ich zaangażowania w te kwestie.
Niestety, tak się zasłuchałem w wywód relacjonującego wyniki badań i towarzyszące im wykresy, że zapomniałem o zabranych  ze sobą fiszkach, żeby sobie przynajmniej wybiórczo je zanotować. Poprzestanę więc tylko na tych kwestiach, które uznałem za istotne lub które badającym i uczestniczącym w spotkaniu wydały się zaskakujące.