środa, 20 marca 2019

Czy wszystkie dzieci są nasze? Oczywiście, ale...


Nieszczęsna wypowiedź szefa politycznej kliki zwanej PiS "Wara od naszych dzieci!" spowodowała oczekiwany przez mówcę skutek. Wypowiedź jest szeroko dyskutowana i wyśmiewana i mało kto już pamięta o niebywałej afery spółki "Srebrna" i nie uregulowanych fakturach na miliony złotych. Jednym z  głównych motywów owych komentarzy jest fakt, że autor wypowiedzi jest bezdzietnym kawalerem,  a wtóruje mu bezdzietna panna Krystyna Pawłowicz.

Oczywiście do wykpiwających tę wypowiedź dołączył lider partii "Wiosna" Robert Biedroń, żartując, że adresatem jej powinni być biskupi, w dużym stopniu odpowiedzialni za ukrywanie księży dopuszczających się pedofilii, którzy wygłosili skandaliczne słowa o potrzebie współczucia dla nich, zamiast potępienia.
I oczywiście dostało mu się na mediach społecznościowych, zwłaszcza ze strony osób dystansujących się od tej partii, która obrała inną drogę do walki o przywrócenie demokracji w Polsce i zrobienia w jej realizacji kilku kroków więcej niż koalicja skupiona wokół Grzegorza Schetyny, ponoć jedyna zdolna odsunąć PiS od władzy.

czwartek, 14 lutego 2019

Nowy front wojny polsko-polskiej?


Kiedy pojawiła się wiadomość, że Robert Biedroń planuje stworzenie nowej partii politycznej, politycy i czołowi publicyści mainstreamowi podchodzili do tej zapowiedzi z pobłażliwością. Nawet gdy w badaniach opinii publicznej zyskiwała blisko 10 %.

Czuło się jednak dość powszechne napięcie w oczekiwaniu na dość intensywnie zapowiadaną konwencję.
Jej rozmach, frekwencja, zwłaszcza ludzi młodych, i odważna deklaracja programowa bez wątpienia zrobiły wrażenie. Dzień po konwencji na drugi plan zeszły kolejne sensacje związane z niedoszłą inwestycją Kaczyńskiego i "Srebrnej". W telewizjach informacyjnych jak nie sam Biedroń, to komentatorzy lub politycy innych partii opozycyjnych. Na ogół podkreślali oprawę, ale i przedstawiony program, wykazując wszelako jego luki (brak mowy o polityce zagranicznej, kulturze i de facto także o oświacie) i brak informacji o źródłach finansowania planów, które będą wymagały dużych pieniędzy.
Dyskusja na dobre rozgorzała po pojawieniu się wyników badań preferencji wyborczych, w których partia "Wiosna" zyskiwała już kilkanaście procent. Politycy opozycji wciąż są powściągliwi, nawet ci opowiadają się za szeroką koalicją. Ale część dziennikarzy wyraźnie zaczęła opowiadać się przeciw nowej partii i jej liderowi, mając mu za złe, że osłabia przyszłą koalicję w walce przeciw PiS-owi, nie zauważając, że wchodząc do polityki na szczeblu centralnym "Wiosna" znacznie zwiększyła szanse na pokonanie partii (?) Kaczyńskiego, nawet gdy ta nieznacznie tylko straci poparcie. Nie zauważając też, że system d'Hondta nie dał większości mandatów  w Sejmie SLD, a potem PO nawet gdy zwyciężyły w wyborach z 41 % głosów.   Jeden z nich wytknął mu nawet kłamstwo, bo w zapale krytyki zapomniał, że sam podpisał się pod dyplomem dla Biedronia za znalezienie się w dziesiątce najwyżej ocenianych prezydentów miast.
Co prawda nie bez winy są politycy "Wiosny", którzy poszli tak daleko w dystansowaniu się do pozostałych partii opozycyjnych, że czasem odnosi się wrażenie, że w tle ginie zasadnicza ich niezgoda na sposób sprawowania rządów przez szajkę Kaczyńskiego.

niedziela, 10 lutego 2019

Czy "Wiosna" zmieni polski krajobraz polityczny?


Minął tydzień (piszę o 14.15) od rozpoczęcia konwencji partyjnej partii, która przybrała nawę "Wiosna" i od razu ma swój hymn.

Ucieszył mnie widok tysięcy młodych ludzi, a tu i ówdzie także szpakowate i siwe głowy przedstawicieli młodzieży w moim wieku. Z uwagą i nadzieją słuchałem przemówienia Roberta Biedronia. Podobały mi się oczywiście wszystkie projekty równościowe i daleko idące kroki na rzecz rozdzielności państwa i Kościoła, ale gdy przeszedł do zapowiedzi działań mających na celu wyrównywanie nierówności o charakterze ekonomicznym i społecznym westchnąłem i zapytałem na głos tak, że aż żona w drugim pokoju usłyszała "Skąd wziąć na to pieniądze?" Wiedziałem, że sztab Biedronia ma to policzone, ale czy co do grosza (tzn. miliarda)? Tym bardziej, że w przemówieniu nie było mowy o kwestiach ustroju gospodarczego, priorytetach w polityce ekonomicznej i finansowej. 
Komentatorzy szybko zwrócili uwagę na pominięcie polityki edukacyjnej (wyprowadzenie religii ze szkół i nacisk na naukę angielskiego to raptem szczegóły) i kulturalnej. Tym bardziej, że rządzący obecnie hunwejbini narobili tu niebywałych szkód. Zwrócili też uwagę na brak choćby zdania o zamiarach co do polityki  zagranicznej i europejskiej. Co prawda konwencję otworzył Hymn UE, ale to nie zastępuję jasnej deklaracji. Ogólnie jednak w większości uznali powstanie "Wiosny" za ożywczy powiew na krajowej scenie politycznej.

niedziela, 13 stycznia 2019

Społeczna kontrola nad sądami



Politycy PiS i nieformalnego sojusznika tej szajki Kukiz'15 uzasadniali "reformę sądownictwa" potrzebą kontroli społecznej nad sądami i sędziami. Polegać ma na oddaniu władzy nad nimi parlamentowi (czy to w ogóle jest jeszcze parlament, skoro politycy opozycji mają pół minuty na wypowiedź?), który w myśl tej "reformy" niezgodnie z konstytucją wybrał Krajową Radę Sądownictwa, a ta "wybrała" sędziów do Sądu Najwyższego. Szczęśliwie zabezpieczenie działań "reformatorskich" przez Trybunał Sprawiedliwości w pewnym stopniu zmniejszyła skalę zniszczeń, ale nadal są one ogromne, głównie poprzez zahamowanie tempa wszczynania postępowań sądowych i ich wydłużenia (a miało być jego zwiększenie), a przede wszystkim poprzez radykalne obniżenie autorytetu sądów i sędziów. Ostatnio jeden z ministrów nawet w ogrodzie któregoś sędziego "znalazł"  sztabki złota i pochwalił się tym znaleziskiem na forum Parlamentu Europejskiego.

Ten argument o potrzebie zwiększenia społecznej kontroli sądów i sędziów przez społeczeństwo jest wciąż powtarzany. Rzecz w tym, że przez społeczeństwo rozumiany jest parlament oraz minister sprawiedliwości, który otrzymał tak daleko idące kompetencje, jakie mają tylko jego odpowiednicy w dyktaturach i innego typu satrapiach: mianuje i odwołuje zarządy sądów, a nieformalnie wpływa na wyroki poprzez sterowaną przez siebie ręcznie prokuraturę oraz rzeczników dyscyplinarnych sądów, którzy wszczynają śledztwa wobec sędziów ceniących sobie swoją niezależność i niezawisłość lub np. wdziewają koszulki z napisem "Konstytucja". Sojusznika ma także w ministrze spraw wewnętrznych i komendantów policji, polecających policjantom i służbom specjalnym znajdowanie pretekstów do wszczynania śledztw i postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów,  ale także kierujących się prawami wywiedzionymi z konstytucji prokuratorów.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Czy koalicja partii opozycyjnych jest realna?


Politycy opozycji od lewa do prawa oraz wielu obserwatorów bieżącej polityki nawołuje do zjednoczenia sił demokratycznych, gdyż w tym upatruje szans na pokonanie kliki rządzącej. System podziału mandatów według metody d'Hondta premiuje zwycięzców.

Owszem, trzy lata temu partia Kaczyńskiego zyskała większość w Sejmie mając raptem 38 procent głosów. Ale nawołujący do zjednoczenia zdają się zapominać, że SLD w 2001 r., a PO  w 2007  i 2011 r. nie zyskały większości choć zdobyły ponad 40 procent głosów. Nie zwracają też uwagi na to, że PiS wprowadził znacznie ponad 50 procent mandatów Senacie, choć tu system d'Hondta nie obowiązuje. A jakby tego było mało, tzw. Koalicja Obywatelska, powstała na skutek dołączenia do PO Nowoczesnej i części lewicy, uzyskała efekt nader umiarkowany. Powiększyła tylko w porównaniu z rokiem 2014. liczbę prezydentów miast, częściowo zresztą dzięki temu, że w końcu zdecydowała się poprzeć kandydatów mających szanse na wygraną, mimo jej poparcia. Co pokazał wynik wyborów prezydenta Gdańska, który tego poparcia nie otrzymał, a i tak wygrał. Ale już w wyborach do rad miast "prezydenckich" tej wygranej nie było. A im bardziej od metropolii tym było gorzej.

Trzeba sobie powiedzieć jasno: SLD i PO nie wygrało z ponad 40 procentami poparcia, gdyż miały silniejszą opozycję niż PiS w 2015, który miał słabą opozycję. A już zwłaszcza słaba okazała się Platforma Obywatelska, która nie potrafiła zmobilizować swego elektoratu. Mało tego, swoim sposobem sprawowania rządów w latach 2011-2015 uderzała weń jak nie ustawami skierowanymi przeciw klasie średniej, to lekceważąc jej oczekiwania, wyrażane setkami tysięcy podpisów pod petycjami i projektami ustaw.

niedziela, 16 grudnia 2018

Opozycja musi wygrać wybory. Ale co dalej?


Większość polityków opozycji oraz obserwatorów sceny politycznej, głównie politologów i dziennikarzy, nawołuje do zjednoczenia opozycji, gdyż metoda liczenia głosów d'Hondta jest nieubłagana - premiuje zwycięzców. Nie dodaje się już, że premiuje też, choć w mniejszym stopniu, komitety wyborcze, które osiągają dobry, dwucyfrowy wynik.  

Jedni między wierszami, a inni, jak ostatnio niedawny prezydent Komorowski, wprost głoszą potrzebę stworzenia koalicji wokół najsilniejszej partii opozycyjnej. Przemawiają za tym nawet sondaże.
Trudno odmówić kierownictwu Platformy Obywatelskiej i samemu Grzegorzowi Schetynie zasługi, że partia po przegraniu wyborów  w 2015 r. nie rozsypała się i nawet w sondażach lekko zyskuje. Ale trudno też zaprzeczyć, że złożyły się na i inne czynniki, szczególnie słabość innych partii opozycyjnych (Nowoczesna nawet przez krótki czas miała większe poparcie niż PO, ale w najgłupszy z możliwych sposobów je szybko przeputała), ujawnianie wciąż nowych i groźnych afer w partii (a właściwie ni to szajki, ni mafii) rządzącej oraz nadzieja na powrót Donalda Tuska, który oczywiście stanąć powinien na czele PO lub zjednoczonej opozycji.

sobota, 1 grudnia 2018

Jaka Polska Po PiS-ie?

Za rok - być może - będziemy już po wyborach parlamentarnych. Piszę "być może", gdyż rządząca klika w obawie o przegraną i jej konsekwencje, może nam zafundować jakiś powód, np. stan wyjątkowy, żeby do wyborów nie doprowadzić. Albo wysmażyć taką ordynację, która zapewni im wygraną. Wiedzą bowiem, że tym razem "polityki miłości" na pewno nie będzie, gdyż byłoby to demoralizujące dla ogółu obywateli.

Jeszcze żadne ugrupowanie polityczne nie przedstawiło swojej wizji państwa. Być może wszystkie czekają z jej ogłoszeniem we właściwym czasie, a więc na kilka miesięcy przed wyborami. O ile jednak jakoś nie słychać krytyki pod adresem partii, które już rządziły lub współrządziły, bo mniej więcej ich ideologia jest znana, a rządy pamiętane, o tyle zewsząd słychać zniecierpliwienie pod adresem tworzącego się ugrupowania Roberta Biedronia. Trochę bierze się ono z autentycznego zaciekawienia, a trochę z obawy, że zagrozi ono pozycji partii ugruntowanych jakoś na polskiej scenie politycznej, a trochę z autentycznej bojaźni, że powstanie nowego bytu, którego twórca zarzeka się, że nie wejdzie do koalicji demokratycznej, osłabi szansę na odsunięcie PiS-u od władzy. A jakby na to nie patrzeć, ten cel należy uznać za najważniejszy, gdyż jeśli się go nie osiągnie, Polsce grozi całkowity upadek i osunięcie się do takiej pozycji, że mimo relatywnie centralnego usytuowania na mapie Europy i dużej liczby ludności, będzie się w relacjach międzynarodowych mniej liczyła niż mikrokraje.