niedziela, 7 grudnia 2014

Czy Sojusz Lewicy Demokratycznej jest partią lewicową?

Nazwa wskazuje, że jest i że jego członkowie do lewicowości się poczuwają? Ale jak tylko trochę poskrobać, okazuje się, że ten szyld albo niczego nie oznacza, albo - w najlepszym razie - mocno zwietrzał i napis na nim sypie się od byle podmuchu.
Nie jest to tylko nasz, polski, problem. Z lewicowością mają problem partie socjaldemokratyczne za granicą, m.in. w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Wyrazem bezradności ideowej partii w tych krajach była koncepcja tzw. trzeciej drogi, sformułowana przez Schroedera i Blalira, w Polsce poparta przez Włodzimierza Cimoszewicza. Jeszcze do niedawna sam widziałem w niej dobre strony. Ale w wyniku lektur oraz obserwacji trendów w gospodarce globalnej, mocno odciskającej się na polskich realiach, widzę dziś, że jest to tylko lekko przypudrowany neoliberalizm, sankcjonujący wszystkie jego mechanizmy (prywatyzacja coraz szerszych sfer gospodarki, ale też i instytucji infrastruktury społecznej, wyzysk pracowników, minimalizacja podatków, przenoszenie produkcji do krajów o taniej sile roboczej, a centrali do rajów podatkowych, deprecjonowanie związków zawodowych), a klajstrujący  to wszystko hasłami o rozsądniejszej dystrybucji środków budżetowych oraz otwarciem na mniejszości społeczne. Nie dziw, że w takk pojętej trzeciej drodze nawet lider neoliberalnej (gospodarczo) i konserwatywnej (społecznie) Platformy Obywatelskiej miał prawo uznać się za socjaldemokratę.


Bo faktycznie, czym dziś różni się ta partia Tuska i Kopacz od SLD? Chyba tylko tym tylko, że skutecznie przegłosowała ustawę o podwyższeniu wieku emerytalnego. Co akurat nie jest zwrócone przeciw ludziom pracy, bo przecież umożliwia im dłuższy okres płacenia składek, a więc i wyższe emerytury.
Pogrom SLD w wyborach samorządowych zmusza do pytania o jego przyczyny. I wychodzi na to, że jest to partia aparatczykowska, której jedynym spoiwem jest już tylko chęć utrzymania pozycji jak nie w aparacie, to w spółkach i urzędach z tytułu udziału we władzy. Ale i to źródełko już wysycha, bo z racji wyjątkowo złych wyników SLD stal się mało atrakcyjnym koalicjantem partii większościowych w sejmikach i powiatach. A do tego wszystkiego przewodniczący partii lekkomyślnie wdał się w romans z partią Kaczyńskiego. Trwał on krótko, ale wystarczyło tych kilka dni, żeby utracić wiarygodność w resztkach aktywu i elektoratu, który miał prawo wierzyć, że choćby przez pamięć o Barbarze Blidzie takie zbliżenie nie wchodzi w rachubę. Powstała obawa, że pod tym przewodnictwem SLD może stać się koalicjantem PiS, a w konsekwencji kolejną przystawką.
Nie wiedzieć po co, w sytuacji kryzysu wewnętrznego w partii przewodniczący zaczął panicznie szukać kandydata w wyborach prezydenckich. Co rozsądniejsi (lub sprytniejsi), jak Katarzyna Piekarska czy Wojciech Olejniczak, odmówili. Więc padło na Ryszarda Kalisza. Ten się zgodził, ale przekonawszy się szybko o braku entuzjazmu dla swojej kandydatury zaczął stawiać warunki. Rozsądne, czyli, że mógłby być kandydatem zjednoczonej lewicy o wyraźnym politycznym obliczu. Ale i tak został już  chyba definitywnie spalony. Trzeba będzie szukać od nowa. Wśród coraz mniej znanych nazwisk, co może i dobrze.
Ale pytanie o wyraźne polityczne oblicze zjednoczonej lewicy pozostaje otwarte.
Odpowiedź jest jednak trudna. Nawet biegły obserwator sceny światowej Zygmunt Bauman zdaje się bezradny. Dostrzega tylko, że partie lewicowe różnią się od partii centrowych i konserwatywnych tylko inaczej stawianymi akcentami. Tak jak lewicowy kandydat na prezydenta Wrocławia widział tylko inne niż dotychczasowy prezydent miejsca budowy mostów, dróg czy torów tramwajowych.
Politolodzy nie podejmują się definiowania lewicowości dzisiaj. Ja w każdym razie takich prób nie znalazłem. Zadowalają się analizowaniem lub porównywaniem ideologii partii lewicowych. Ale socjolodzy już zauważają narastające niezadowolenie, zwłaszcza wśród ludzi młodych, skazanych na wieloletnie poszukiwanie pracy lub z konieczności godzących się na wyzysk i złe traktowanie przez pracodawców. Nie znajdując zrozumienia w partiach uważających się za lewicowe, szukają ich w partiach i ruchach antysystemowych lub radykalnych o charakterze populistycznym lub ultra- a właściwie wulgarnie liberalnych. A w każdym przypadku nacjonalistycznym.
Nie wejdę w skórę młodego człowieka, żeby za niego odpowiedzieć, jaką partię mógłbym poprzeć Ale wiem, czego musiałaby chcieć lewicowa partia, na którą chciałbym głosować i zachęcać do tego innych. 
To ma być partia reprezentująca ludzi słabszych: bezrobotnych, pracujących w warunkach niepewności jutra, wyzyskiwanych. Ale dążąca do zmniejszenia zjawiska bezrobocia, poczucia niepewności i wyzysku. A nie jak PiS wmawiający biednym biedę, ale unikający deklaracji zamiaru zmiany ich położenia. A to znaczy , że lewicowa partia powinna deklarować dążenie m.in. do wzmocnienia znaczenia związków zawodowych, np. przez umożliwienie członkostwa osobom bezrobotnym i zatrudnionym tymczasowo lub na umowy cywilne oraz wzmocnienie i reorientację Państwowej Inspekcji Pracy, tak, żeby skupiła się na skutecznym tępieniu wyzysku, mobbingu i innych patologii.
Być może należałoby przyjrzeć się idei dochodu podstawowego i zacząć go upowszechniać. Jest wiele przesłanek przemawiających za jego realnością, a z pewnością daje on ludziom poczucie bezpieczeństwa socjalnego.
Uważam, że partia lewicowa powinna opowiadać się za renacjonalizacją służby zdrowia, przynajmniej w pewnym wymiarze. Czytam w "NIE", co dała prywatyzacja sanatoriów. Stała się swoistą żyłą złota dla ich właścicieli. Z kuracjuszy zdziera się za możliwość oglądania telewizji, minimalizuje dostęp do Wi-Fi , ogranicza liczbę zabiegów i fatalnie karmi. Karmienia w szpitalu sam doświadczyłem. Z pozytywnym skutkiem. W ciągu niespełna trzech tygodni schudłem 13 kg.
No i na koniec, choć to sprawa nie najmniej ważna: dążenie do zapewnienia wszystkim obywatelom równych praw - obywatelskich i socjalnych. Bo są całe wielkie obszary osób nieprzyzwoicie uprzywilejowanych i równie wielkie rzesze ludzi pewnych praw pozbawionych W tym kontekście mieszczą się też kwestie kościołów, ich kapłanów i instytucji, które są w różny sposób uprzywilejowane i do tego uniemożliwiają zapewnienia wszystkim obywatelom równych praw.
Nie podjąłem tu takich kwestii jak zmiana gospodarki na bardziej innowacyjną, żebyśmy mieli mniej montowni i magazynów, a więcej patentów i produkcji, jak szacunek dla środowiska, zwierząt, jak stosunki zagraniczne, bo tu - z wyjątkiem PiS - wszyscy są mniej więcej zgodni. Szło mi o to, czym lewica ma się do od innych odróżniać.
Moim zdaniem to jest minimum. Listę tę można kwestionować, ale można też wydłużać lub uczynić bardziej wewnętrznie spójną.  Nie ukrywam, że liczę na dyskusję, choćby i bardzo w stosunku do tego, com napisał krytyczną.







1 komentarz:

  1. Całkowicie tak samo myślę. Dziękuję Stefan, że ładnie i precyzyjnie (jak zwykle) zdefiniowałeś moje poglądy.

    Lewica dla mnie to walka z rozwarstwieniem społecznym, czyli wszelkie działania mające w centrum poszanowanie praw słabszych.
    Współczesna lewica, to również nowoczesność. W każdym wymiarze. Również w rozumieniu potrzeb tych słabszych i w sposobie ich zaspokajania.

    Myślę też, że nadchodzi już kres rozbuchanego liberalizmu z okresu dojrzewania naszej nowej kapitalistycznej (od 25 lat) gospodarki i nadchodzi dorosłość i dojrzałość, których podstawową cechę będzie właśnie zrozumienie i poszanowanie praw tych słabszych.

    Niestety łatwo nie będzie, bo np. dzisiejsi działacze lewicowi, jako elementy dotychczasowego, prawie już zużytego systemu, sami będą blokować zmiany w obronie swych przywilejów.

    Ale zmiany są nieuchronne.

    OdpowiedzUsuń