niedziela, 28 września 2014

Czy rząd Ewy Kopacz da sobie radę?

Nie było mnie w kraju prawie dwa tygodnie. Przez dziesięć dni właściwie nie miałem kontaktu z krajem, gdyż na wycieczkowcu internet był skandalicznie drogi, a telewizje zachodnie oraz rosyjską Polska nie obchodziła. Ale było tyle innych atrakcji, że z opóźnieniem dowiedziałem się o tym, że polska reprezentacja została mistrzami świata w siatkówce.
Dopiero po opuszczeniu pokładu dowiedziałem się o powołaniu nowego rządu i marszałka Sejmu. Są pewne zaskoczenia, a już zwłaszcza powołanie Grzegorza Schetyny na ministra spraw zagranicznych. Jako przewodniczący komisji sejmowej w tej dziedzinie nie okazał się kimś sięgających choćby pięt  swego wybitnego poprzednika Bronisława Geremka. Ale może przynajmniej nabył jakiejś wiedzy i jakoś do końca kadencji tego rządu wytrwa. Przypuszczam, że potraktuje to stanowisko głównie do odbudowywania swej pozycji w partii. Traktuję jednak tę nominację jako znak, że premier Kopacz chce pokazać swą samodzielność, że to będzie JEJ rząd

niedziela, 31 sierpnia 2014

Donald Tusk prezydentem UE. I co dalej?

Nie zwykłem komentować na blogu bieżących wydarzeń politycznych. Jeśli już, to raczej do nich nawiązywać.Ale czasem mi się to jednak zdarza, np. gdy papieżem został Jorge M. Bergoglio i przybrał imię Franciszek.
Wybór, czy też nominacja Donalda Tuska na eksponowaną funkcję w Unii Europejskiej uważam za zdarzenie nie mniejszej wagi, niż wybór 36 lat temu Karola Wojtyły na papieża. Z perspektywy kilku lat po śmierci Jana Pawła II jego długotrwały pontyfikat powoli traci blask, widać zaś coraz więcej rys i ciemniejszych barw. Tusk na tak długą kadencję nie może liczyć z powodów traktatowych, ale na razie ma czystą kartę, którą może różnie zapisać.Mimo rozmaitych ograniczeń wynikających z Traktatu o Unii Europejskiej, nadającego tej funkcji określone kompetencje, jest tu miejsce na odciśnięcie własnego piętna. Być może pomocną okaże się dlań sytuacja polityczna w Europie, zwłaszcza wojna rosyjsko-ukraińska. Wojna, bo  to już nie jest niewielki konflikt. Eskalacja działań wojennych ze strony Rosji wymagać będzie eskalacji działań powstrzymujących Putina ze strony Stanów Zjednoczonych (na inne mocarstwa nie można liczyć) oraz właśnie Unii Europejskiej - jako organizacji międzynarodowej i jako poszczególnych jej członków. A tu mamy na razie do czynienia z Europą nie dwóch, ale wielu prędkości  - od państw dążących do jednolitego frontu sprzeciwu po państwa, które w różnej skali wyłamują się z tego frontu, bądź to chroniąc wybrane sfery handlu wymiennego z Rosją (Francja, Niemcy) bądź otwarcie deklarując się nieomal jako sojusznicy Putina(Węgry).
Oczywiście, tym lepiej zapisze swoją kartę, im bardziej uda mu się ze swojej pozycji ujednolicić stanowisko Unii i powstrzymać tym sposobem niebezpieczny rozwój wydarzeń, a jeszcze lepiej - doprowadzić do jego wygaszenia przy zachowaniu integralności Ukrainy. No, może z wyjątkiem utraty Krymu, z zachowaniem wszelako klauzuli nieuznania jego aneksji przez państwa Europy i świata. Na tej samej zasadzie, na jakiej świat uznaje Tajwan za suwerenne państwo, choć Chiny uważają je za swoje terytorium.Niezależnie od tego oczekiwać można wpływu prezydenta Unii na pogłębienie integracji, choćby przez zmianę statusu wysokiego przedstawiciela UE ds. zagranicznych na komisarza, z odpowiednimi prerogatywami lub umocnienia egzekutywności organów Unii w państwach, które zwlekają lub unikają wykonania postanowień Parlamentu Europejskiego, Komisji lub trybunałów. Mając "swego człowieka" na eksponowanym stanowisku w Unii Polska będzie szczególnie zobowiązana moralnie do przestrzegania konwencji i norm, które są solą w oku środowisk nie tyle konserwatywnych, co po prostu wstecznych.
Jako obywatel Polski powinienem oczekiwać przyspieszenia wejścia naszego państwa do strefy Euro. Wejście do Unii 10 lat temu oznaczało przecież i osiągnięcie tego celu i to w sposób nieunikniony. Wprawdzie perturbacje tej waluty w krajach południowej Europy zachwiały trochę wiarą w Euro, ale podchodzę do tej operacji jak do niezbyt może przyjemnego zabiegu medycznego, który może nie natychmiast, ale docelowo poprawi jakość życia pacjenta. Ot, jak usunięcie zaćmy lub wszczepienie endoprotezy kończyny.
Dlatego rozumiem entuzjazm dla wyboru Donalda Tuska na prezydenta UE ze strony partii deklarujących się jako lewicowe (jakoś nie potrafię napisać wprost "lewicowych"), czyli SLD i Twojego Ruchu, których politycy i elektorat są w sposób najbardziej zdecydowany proeuropejskie i zainteresowane w tym, żeby przestrzegane były w Polsce standardy europejskie, zwłaszcza w zakresie równości praw wszystkich obywateli,  w tym także mniejszości. Entuzjazm polityków PO i PSL jest zrozumiały, wszak wybór padł na szefa koalicyjnego rządu. Ta radość podszyta jest pewnie świadomością pewnej niewiadomej w perspektywie zwłaszcza przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Jak je wygrać bez Tuskobusa? Z drugiej strony jednak w sposób wymuszony powstaje sytuacja, którą można potraktować jako szansę na nowe otwarcie, na wprowadzenie nowego stylu zarządzania, wyznaczenia nowych celów (zachowując jednak te zapowiedziane kilka dni temu przez obecnego premiera) i włączenia do ich realizacji nowych ludzi. W ciągu siedmiu lat rządzenia premier i przewodniczący PO w jednym wyzbył się wprawdzie paru silnych osobowości, ale mimo to ludzi zdolnych i sprawdzonych, niekoniecznie z legitymacją partyjną, nie powinno braknąć. Ale można też sięgnąć do tych odsuniętych na dalszy plan.
Najważniejsze jednak, to oddalenie od nas widma wojny. Tego nam Tusk w pojedynkę, ani nawet wespół z nową wysoką (i urodziwą) przedstawicielką nie załatwi.

sobota, 2 sierpnia 2014

Zdjąć Polskę z krzyża - mission impossible Janusza Palikota

Jestem w trakcie lektury książki - rozmowy Cezarego Michalskiego z Januszem Palikotem. Nie jest to wywiad-rzeka, lecz zapis rozmowy dwóch równorzędnych partnerów, którzy wychodząc z różnych środowisk i stanowisk światopoglądowych znaleźli się w mniej więcej tym samym miejscu, przynajmniej gdy idzie o stosunek do religii i Kościoła. Obaj są areligijnymi krytykami tej instytucji, która już dawno rozstała się z literą i duchem konkordatu z 1993 r. (ostatecznie ratyfikowanego trzy lata później) i krok po kroku zawłaszcza wciąż nowe połacie przestrzeni publicznej w kraju.
Obaj rozmówcy w formie dialogu opowiadają o swoich życiowych kolejach w relacjach z religią i Kościołem. Michalski ma za sobą epizod, w którym znalazł się blisko Kościoła jako jeden z tzw. "pampersów", czyli grupy młodych prawicowych dziennikarzy, którzy opanowali telewizję publiczną w połowie lat dziewięćdziesiątych. Większość z nich od tego czasu przeszła na pozycje religijnie fundamentalistyczne, Michalski zaś znalazł się w środowisku lewicowym, stając się krytykiem Kościoła.

niedziela, 20 lipca 2014

Dlaczego (jeden) Żyd przestał być Żydem

Pisząc o książce Urbana wspomniałem, że w 1968 r. nie myślał o emigracji do Izraela, bo już tam był jako dziennikarz (przy okazji spotkał się z rodziną) i nie wydał mu się ów kraj atrakcyjny jako miejsce zamieszkania ze względu na urzędowy nacjonalizm i takąż religijność.
I oto przeglądając przywiezione nam do biblioteki nowości wydawnicze trafiłem na niewielką rozmiarami książkę Dlaczego przestałem być  Żydem : spojrzenie Izraelczyka, napisaną przez Shlomo Sanda, wykładowcę uniwersyteckiego.
Otóż nie może się on pogodzić z tym, że jest to państwo, w którym panuje swoisty apartheid. Obywatele tego państwa, którzy nie są dziećmi matek żydowskich, czyli nie urodzili się jako Żydzi, nie mogą korzystać z pełni praw, np. nie mogą kupić w kraju ziemi czy nieruchomości i nie może pełnić całego szeregu funkcji publicznych. Prawo takie ma przybysz z innego kraju, nawet będący tu przejazdem, jeśli dowiedzie swej żydowskości, może być innowiercą, nie znać dobrze języka hebrajskiego i nie przestrzegać świąt i rytuałów żydowskich. Ludność palestyńska, nawet ta mająca paszport izraelski, jest po prostu dyskryminowana. Wyzuta jest z wielu praw, a do tego nękana. Pisze, że tylko Żyd nie zostanie zatrzymany przy szlabanie drogowym, nie będzie torturowany, nikt nie będzie przeszukiwać nocą jego domu, nie stanie się przez pomyłkę celem strzału, nie ujrzy ruin swego domostwa, zburzonego przez pomyłkę. Żyd w Izraelu jest jak biały w USA  w latach 50-tych lub jak Afrykaner w RPA przed 1994 rokiem.Opisuje scenę z lotniska. Kobieta o ciemniejszej cerze i w chuście została wyłowiona z kolejki oczekujących do odrębnej, uciążliwej kontroli. Mógł tylko mimiką dać do zrozumienia, że jest po jej stronie.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Jerzy Urban : i wszystko jasne!

Pisarstwo Jerzego Urbana towarzyszy mi od ponad ponad pół wieku. Zacząwszy naukę w liceum w Złotoryi, dokąd dojeżdżałem codziennie autobusem z odległych o około siedem kilometrów Uniejowic, zacząłem tez czytać inne tytuły prasowe niż gazety rolnicze oraz "Świat Młodych", a czasem i "Przyjaciółkę", którą kupowała mama, gdy jechała do miasta, żeby sprzedać nabiał i zakupić artykuły niedostępne w wiejskim sklepie. W kiosku w drodze z przystanku PKS do liceum kupowałem m.in. "Politykę" i "Szpilki", gdzie pisywał Urban podpisany nazwiskiem lub pseudonimem. O tym, że Jerzy Kibic to Urban opowiedział goszczący w 1964 roku we Wrocławiu Mieczysław F. Rakowski Byłem przy tym, gdyż na to spotkanie wydelegowano grupkę uczniów stanowiących reprezentację szkoły w dorocznym Turnieju Wiedzy O Polsce i Świecie Współczesnym. Dostałem wtedy dedykację naczelnego "Polityki" na książce Zbigniewa Izaaka, stanowiącej skomentowany zbiór lapsusów dziennikarskich, publikowanych w tygodniku "Dookoła Świata" (który też kupowałem).
Kupowałem też zbiory felietonów Urbana w formie książkowej, a także "Alfabet Urbana", na którym, jak pisze, zarobił 120 000 dolarów.
Właśnie skończyłem czytać dość opasły tom Jerzy Urban : o swoim życiu rozmawia z Martą Stremecką (Warszawa : Czerwone i Czarne, 2013).. Jak to u Urbana, narracja pełna jest polotu, anegdot, złośliwostek pod adresem  wielu znanych postaci, ale i wyrazów uznania dla tych, którzy w jego oczach na nie zasłużyli. Nierzadko są to te same postaci.
Obchodzący w minionym roku swoje osiemdziesiąte urodziny autor opisuje swoją drogę życiową człowieka, który zorientowawszy się, że potrafi biegle władać słowem i dostrzegać w otaczającej rzeczywistości fakty i zjawiska niedostrzegane przez innych, uczynił z tej umiejętności sposób na całkiem dostatnie i ciekawe życie. Opowiada o swoim zaangażowaniu w aktywność polityczna w Związku Młodzieży Polskiej, dzięki któremu trafił do tygodnika "Po prostu", które z drętwej jak większość prasy w czasach Bieruta stało się pismem atrakcyjnym, a potem zaangażowanym w przemiany 1956 roku, zamkniętym rok później, gdy Gomułka uznał, że poczucie wolności idzie w narodzie za daleko.
Przez ponad dwadzieścia następnych lat miał kłopoty z pracą. Pisał dużo, do różnych pism, ale najczęściej pod pseudonimem lub kryptonimem, bo Gomułka, a potem Gierek uważali go za nieprawomyślnego pismaka, podczas gdy nie był on bynajmniej opozycjonistą, tylko dostrzegał w państwie realnego socjalizmu jego gorsze lub śmieszne strony i o nich pisał. Dopiero Rakowski po kilku latach, naciskany zresztą przez zainteresowanego, zapewnił mu etat w "Polityce" i nawet stanowisko sekretarza redakcji.
Dużo miejsca w książce zajmuje dziesięciolecie 1981-1989, kiedy Urban został rzecznikiem rządu i jednym z najbliższych współpracowników generała Wojciecha Jaruzelskiego. Z bliska poznaje kuchnię pracy najwyższych władz partyjnych i rządu i nie jest to dlań obraz budujący. Zwłaszcza narady Biura Politycznego, które trwały długo i polegały na bezładnej gadaninie, z której konkluzje były potem "doszywane" nieco na siłę. Był pełen podziwu dla  generała za jego zasadniczość, skrupulatność i kulturę bycia, ale jednocześnie mierziło go to, że zajmował się drobiazgami, cyzelował swoje przemówienia godzinami, wierząc, że rządzenie państwem nie różni się specjalnie dowodzeniem w wojsku, gdzie wykonanie rozkazu  daje konkretne rezultaty. Właśnie ten brak zrozumienia dla mechanizmów rządzenia państwem uważa za przyczynę klęsk cząstkowych reform gospodarczych, zwłaszcza tych, które wdrażał rząd Józefa Messnera. Lepiej ocenił uwolnienie rynku przez rząd Rakowskiego i Wilczka, ale kwalifikacje ekonomiczne tego drugiego oceniał krytycznie. Bo rynek uwolnił, ale system finansów państwa pozostał po staremu, co pogłębiało rozgardiasz, opanowany dopiero przez Balcerowicza.
Z pasją wspomina swoją pracę rzecznika, dzięki której stał się gwiazdą polityczną, ale przeszedł do historii jako propagandzista stanu wojennego i upadłego ustroju komunistycznego. Wiele tu pikantnych szczegółów z konferencji prasowych, spotkań (np. z Jane Fondą), oficjalnych wizyt zagranicznych oraz sposobów pozyskiwania i upubliczniania informacji.
Równie ciekawie opowiada o źle jego zdaniem przeprowadzonych rozmów Okrągłego Stołu, Ich szczegółowość, przeciąganie negocjacji sprawiło, że zamiast potrwać kilka dni, trwały one trzy miesiące, na skutek czego opozycja  zyskiwała na czasie i poszerzała swoją obecność w mediach.
Pod nowymi rządami był jeszcze najbliższym współpracownikiem prezydenta Jaruzelskiego, kierował mediami publicznymi, potem zaś już została mu tylko rola doradcy ostatniego szefa PZPR Rakowskiego. I wtedy ktoś podpowiedział mu napisanie "Alfabetu Urbana", który przyniósł mu fortunę. Ale nie umiał zrobić z niej użytku. Ani dobrze zainwestować, ani zacząć żyć w większym komforcie.Wspomina, jak znalazłszy się w Paryżu zanocowali na łóżkach polowych u znajomych, choć stać go było przecież na luksusowy hotel. Ale w końcu przyszedł sukces z wydawaniem tygodnika "NIE", zapewniający mu trwale dostatnie życie, w domu ze służbą, krytym basenem, kierowcą itd.
Warte uwagi są jego rozważania na temat tożsamości żydowskiej, w tym o marcu 1968 r. Który odebrał jako rozgrywkę na szczytach władzy. Nie dotknęły go przejawy antysemityzmu, a i tak nie widział dla siebie życia gdzie indziej, bo nie znal języków, nie potrafiłby więc żyć z pisania, a Izrael go zbrzydził, gdy odwiedził tam swoja rodzinę. Zobaczył Izrael jako państwo nacjonalistyczne i religijne, w którym widział znacznie mniej wolności niż w PRL-u.
Na koniec smaczny cytat: "Na tle polskich życiorysów mojego pokolenia uważam swoje życie za dość spójne politycznie, a ideowo dostosowane do biegu rzeki. Odróżniam się od innych umiejętnością spadania na cztery łapy i szczerością. Nazywane jest to cynizmem".      

okładka            

piątek, 4 lipca 2014

Czy ideologie są dziś partiom politycznym potrzebne?

Blisko 40 lat temu czołowy ideolog PZPR Jerzy J. Wiatr postawił pytanie "Czy zmierzch ery ideologii" i odpowiedzi na nie napisał całą książkę (KiW, 1968), źle przyjętą zarówno wśród wierchuszki partyjnej, jak i przez ówczesnych politologów. Ale kto wie, czy nie była to wieszczba tego, z czym, przynajmniej w jakims stopniu, mamy dziś do czynienia?
Oto dwaj nieznani mi dotąd analitycy sceny politycznej zarzucają w „Gazecie Wyborczej” rządzącej Platformie Obywatelskiej bezideowość. Piszą, że weszła ona na scenę polityczną jako partia liberalna, a dziś już nie wiadomo, co ta partia sobą reprezentuje. Poza chęcia trwania u steru rządu. I właśnie ta bezideowość, zdaniem owytch analityków, legła u podstaw podatności polityków na rozmaite naganne zachowania, spotkania w niewłaściwych miejscach i na prowadzone tam niepożądane rozmowy.
Mam z tym problem. Otóż rządząca partia już w kadencji 2007-2011 pokazała swoją bezideowość. Bo trudno za nią uznać zapewnienie obywatelom ciepłej wody w kranie, powrót do zarysowanej na początku lat 90tych polityki zagranicznej i straszenie powrotem IV RP. Ale to, pomnożone o pewną modernizację infrastruktury dzięki nienajgorzsej wykorzystanym funduszom europejskim, wystarczyło do ponownego wygrania wszystkich wyborów.

piątek, 20 czerwca 2014

Palikot nie ma już szans?

Kilka miesięcy temu (o, to już prawie rok!), w perspektywie wyborów  do Europarlamentu, zastanawiałem się, czy Palikot ma jeszcze szanse. I odpowiedziałem sobie, że ma, ale po spełnieniu szeregu warunków. Jak się okazało, za trudnych.
Wydawało się, że po klęsce w wyborach sprzed miesiąca nastąpi jakaś refleksja, a w jej rezultacie wróci rozwaga połączona z determinacją w urzeczywistnianiu celów wyznaczonych trzy lata temu i wciąż aktualnych. Zarówno tych ekonomicznych, jak i społecznych oraz światopoglądowych. Te ostatnie w nabrały teraz dodatkowej wagi, gdyż Kościół zyskuje w państwie coraz szersze wpływy, demolując ład społeczny poprzez nakłanianie lekarzy  do odmawiania realizacji powinności zawodowych oraz wprowadzanie cenzury w sferze sztuki. Oczywiście, partia opozycyjna może próbować je realizować w takim zakresie, w jakim jest to możliwe. Ale skoro trzy lata temu ówczesny Ruch Palikota przełamał kilka tabu, wchodząc silnym krokiem na całkowicie zdawałoby się zabetonowaną scenę, wprowadzając na nią osoby z kręgu mniejszości seksualnych, to mając swoją reprezentacje w  Sejmie i dotacje, powinien zyskiwać jeszcze większy wpływ na opinię publiczną i poszerzać swoje wpływy. Nawet Lepper to potrafił.. Nie mogę tu nie dodać, że to właśnie te osoby spośród mniejszości seksualnych przynależą zarazem do tej mniejszości w naszym Sejmie, która wykazuje się ponadprzeciętną  kulturą osobistą i polityczną.
A tymczasem? Partia w beztroski sposób rozmyła swoje lewicujące oblicze, stając się reprezentacją nawet nie klasy średniej, przedsiębiorców, lecz drobnych geszefciarzy. Niestety, takie wrażenie sprawia znaczna część posłów, którzy jeszcze w partii pod nową nazwą się ostali. Prof. Hartman sprawia w tym towarzystwie wrażenie kwiatka do oblazłego kożucha. Nie bardzo mu z nim do twarzy. Wydaje się więc, że partia nie jest do refleksji zdolna. Tym bardziej, że wyzbyła się ideowych ludzi w środowiskach lokalnych. Nie widząc szans wpływu w partii, nie czując oparcia ani zainteresowania ze strony zarządu krajowego, pozbawieni możliwości uzyskiwania informacji (gazety mogą sobie poczytać bez podpowiedzi),dali sobie spokój z aktywnością polityczną lub zaczęli sobie szukać miejsca w innych organizacjach, mających podobne cele jak Ruch Palikota u swego zarania.
Była szansa zaistnienia partii jako głosu rozsądku w obliczu rozgrywanej obecnie afery podsłuchowej. W obliczu zamachu na ład demokratyczny w państwie, bo dokąd nie wiadomo, kto i na czyje zlecenie podsłuchiwał jedne z najważniejszych osób w państwie, są podstawy do obaw o inspirację z zagranicy i to bynajmniej nie zachodniej, Janusz Palikot okazał się drugim obok Ziobry sojusznikiem Kaczyńskiego w dążeniu do obalenia rządu. Kaczyńskiego można zrozumieć, gotów jest skąpać kraj we krwi, byle dorwać się do władzy i odegrać za wszystkie przegrane kampanie. No i chyba żądzą zemsty na premierze kieruje się Janusz Palikot, strącając cały swój kapitał polityczny w otchłań nieistnienia.
Trzeba więc definitywnie rozstać się z nadziejami, że akurat ta partia poszerzy granice wolności obywatelskich i równości wobec prawa dla wszystkich obywateli, że poszerzy dostęp do informacji publicznej oraz ograniczy wszechwładzę biurokracji. Niestety, tych ideałów nie głoszą żadne inne organizacje polityczne, a w siłę rosną te, dla których ideałem jest dyskryminowanie wszelkich mniejszości.
Myliłem się pół roku temu widząc szanse dla tej partii. Chciałbym mylić się nie widząc ich teraz.