W serii "Bardzo krótkie wprowadzenie" ukazał się polski przekład książki amerykańskiego historyka Stevena Bellera zatytułowany "Antysemityzm" (Kraków : Nomos, 2014). Choć jest to rzeczywiście dość zwięźle napisana książka, zawarta tu analiza zjawiska w jej historycznych przemianach ukazana została w sposób dalece bardziej precyzyjny, niż w omówionej niedawno książce Bożeny Keff.Autor mniej uwagi poświęcił opisowi przejawów antysemityzmu, więcej zaś próbom wyjaśnienia jego podłoża.
Szczególnie interesujące wydało mi się wyjaśnienie przejścia od antysemityzmu motywowanego religijnie do różnych jego przejawów wyrosłych na gruncie filozoficznym, naukowym i społecznym. Otóż pisze Beller, że w okresie Oświecenia, gdy religie w środkowej Europie ustępować zaczęły pola racjonalizmowi, zelżało nasilenie antysemityzmu i z natury rzeczy Żydzi jako beneficjenci tej sytuacji stali się jego zwolennikami. Romantyzm jako antyteza racjonalizmu z natury rzeczy niósł niebezpieczeństwo nawrotu irracjonalizmu i możliwych w tych warunkach nieracjonalnych teorii. A że do tego oświecenie wiązano z kulturą francuską, a początek XIX wieku był okresem nasilenia konfliktu francusko-pruskiego, więc Żydzi jako swego rodzaju beneficjenci Oświecenia stali się w środkowej Europie, głównie w Niemczech pewnego tym silniej postrzeganym ciałem obcym. Pogląd ten znalazł wyraz w myśli filozoficznej Fichtego, Herdera, Hegla, a później nieco zdeklarowanego antysemity Richarda Wagnera, który uznał za szkodliwe wpływy kultury żydowskiej na sztukę, w tym oczywiście na muzykę, jego zdaniem w rezultacie zniewieściałą. Jakby pierwiastek żeński był w sztuce czymś niewłaściwym! No, ale to była połowa XIX wieku!
Ideologom owoczesnego antysemityzmu w sukurs przyszła teoria Darwina, wedle którego w królestwie zwierząt występują gatunki niższe i wyższe i te wyższe są lepiej przystosowane do przetrwania. Natychmiast znaleźli się teoretycy, którzy przeszczepili tę teorię na gatunek ludzki i oczywiście wyszło im, że Aryjczycy są rasą wyższą, zaś Semici - niższą. Jeszcze trzeba było to udowodnić. No i znaleźli się mędrcy, którzy za pomocą "szkiełka i oka" czyli pomiarów czaszki, proporcji ciała i podobnych zabiegów "udowodnili" słuszność teorii o wyższości i niższości różnych ras. Można było tym sposobem nie tylko z poczuciem wyższości traktować Żydów, ale też wszystkie ludy kolorowe. I uzasadnić "naukowo" np. kolonializm czy niewolnictwo.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
niedziela, 13 kwietnia 2014
Ukraińcy to nie banderowcy
Po niespełna miesiącu uspokojeniu po bezkarnym w gruncie rzeczy akcie aneksji Krymu przez Rosję, znów głośno o Ukrainie. Tym razem z powodu działań separatystycznych wzniecanych we wschodnich okręgach Ukrainy. Na które władze państwa wreszcie postanowiły odpowiedzieć zdecydowanie.
I znowu w komentarzach na forach i portalach społecznościowych pojawia się dość wiele wpisów, których autorzy nazywają naród ukraiński banderowcami. Próby polemizowania i prostowania nic nie dają. Jestem pouczany, że nie znam historii. A przecież pod banderowców zginęli dwaj bracia i siostra mego taty, a mama uciekając od banderowców wylądowała najpierw w Przemyślu, a potem na Dolnym Śląsku. Zbrodnie banderowców były częstym przedmiotem wspomnień i dyskusji w mojej rodzinie. Poza tym poznałem najważniejsze publikacje na ten temat, zwłaszcza książki Siemaszków i Motyki. Przypuszczam, że nawet z daleka nie widzieli ich moi polemiści.
Przecież nazywanie dzisiejszych Ukraińców banderowcami niczym się nie różni od nazywania Niemców jako narodu hitlerowcami.A jednak tak się nie czyni. Prawda, Niemcy "przepracowali" już okres III Rzeszy, w czasie którego doszło do nieporównanie większych zbrodni, których ofiarą padły miliony ludzi, jeśli nie liczyć dalszych dziesiątek milionów żołnierzy. Ale Niemcom "pomógł" w tym proces norymberski, inne procesy, olbrzymia światowa literatura historyczna oraz narzucona przez kraje sojusznicze demilitaryzacja kraju. Ukraina zaś żyła w reżimie komunistycznym jako niesuwerenne państwo.Przez ponad 40 lat był to temat tabu. Także narzucony Polsce. Więc gdy wreszcie można było do tematu wrócić, odezwały się głosy zarówno potępiające, jak i apologetyczne.
W tej sytuacji nie może specjalnie dziwić, że gdy Janukowycz do rozpędzenia protestujących na Majdanie użył policji i wojska, na Euromajdan pospieszyły także siły nacjonalistyczne, dla których wcześniej sprzyjający grunt stworzył Wiktor Juszczenko i urosły one w dość znaczną siłę. Ale już same się zdyskredytowały gwałtownymi akcjami z użyciem siły. I choć nacjonaliści mają kilku swoich ludzi w rządzie, to jednak tworzą oni wspólny front z tymczasowym premierem i prezydentem.
Trudno dziś orzec, czy dzisiejsi nacjonaliści, odwołujący się do tradycji OUN i UPA zdobędą jakąś pozycję w społeczeństwie ukraińskim. Ale trzeba Ukraińcom dać choć rok - dwa na krytyczną refleksję nad swoją historią (pamiętając, że minęło już ponad 10 lat od ujawnienia zbrodni jedwabieńskiej, a wciąż nasi nacjonaliści nie chcą przyjąć jej do wiadomości), wesprzeć ją rzeczowym dialogiem z naszej strony (tu, w przeciwieństwie do zbrodni niemieckich jesteśmy sami, bo banderowcy nie mordowali innych podbitych narodów, gdyż żadnego nie podbili, ani nie byli sprawcami holokaustu), pozyskać dla tego epizodu historii opinię historyków europejskich. I podnieść alarm wtedy, gdy ta krytyczna refleksja nie nastąpi ani nie zaistnieją szansę na jej rozpoczęcie.
Tymczasem powinniśmy jako Polacy pokazywać zrozumienie i przynajmniej moralnie wspierać naród ukraiński w jego dążeniach wolnościowych i demokratycznych, słać pomoc rzeczową, tak jak sami byliśmy jej beneficjentami po wprowadzeniu stanu wojennego i wyrzec się uprzedzeń. Cóż warte są nasze gadki o rzekomej tolerancyjności naszego narodu, gdy pogardliwe, nienawistne słowa jej przeczą?
I znowu w komentarzach na forach i portalach społecznościowych pojawia się dość wiele wpisów, których autorzy nazywają naród ukraiński banderowcami. Próby polemizowania i prostowania nic nie dają. Jestem pouczany, że nie znam historii. A przecież pod banderowców zginęli dwaj bracia i siostra mego taty, a mama uciekając od banderowców wylądowała najpierw w Przemyślu, a potem na Dolnym Śląsku. Zbrodnie banderowców były częstym przedmiotem wspomnień i dyskusji w mojej rodzinie. Poza tym poznałem najważniejsze publikacje na ten temat, zwłaszcza książki Siemaszków i Motyki. Przypuszczam, że nawet z daleka nie widzieli ich moi polemiści.
Przecież nazywanie dzisiejszych Ukraińców banderowcami niczym się nie różni od nazywania Niemców jako narodu hitlerowcami.A jednak tak się nie czyni. Prawda, Niemcy "przepracowali" już okres III Rzeszy, w czasie którego doszło do nieporównanie większych zbrodni, których ofiarą padły miliony ludzi, jeśli nie liczyć dalszych dziesiątek milionów żołnierzy. Ale Niemcom "pomógł" w tym proces norymberski, inne procesy, olbrzymia światowa literatura historyczna oraz narzucona przez kraje sojusznicze demilitaryzacja kraju. Ukraina zaś żyła w reżimie komunistycznym jako niesuwerenne państwo.Przez ponad 40 lat był to temat tabu. Także narzucony Polsce. Więc gdy wreszcie można było do tematu wrócić, odezwały się głosy zarówno potępiające, jak i apologetyczne.
W tej sytuacji nie może specjalnie dziwić, że gdy Janukowycz do rozpędzenia protestujących na Majdanie użył policji i wojska, na Euromajdan pospieszyły także siły nacjonalistyczne, dla których wcześniej sprzyjający grunt stworzył Wiktor Juszczenko i urosły one w dość znaczną siłę. Ale już same się zdyskredytowały gwałtownymi akcjami z użyciem siły. I choć nacjonaliści mają kilku swoich ludzi w rządzie, to jednak tworzą oni wspólny front z tymczasowym premierem i prezydentem.
Trudno dziś orzec, czy dzisiejsi nacjonaliści, odwołujący się do tradycji OUN i UPA zdobędą jakąś pozycję w społeczeństwie ukraińskim. Ale trzeba Ukraińcom dać choć rok - dwa na krytyczną refleksję nad swoją historią (pamiętając, że minęło już ponad 10 lat od ujawnienia zbrodni jedwabieńskiej, a wciąż nasi nacjonaliści nie chcą przyjąć jej do wiadomości), wesprzeć ją rzeczowym dialogiem z naszej strony (tu, w przeciwieństwie do zbrodni niemieckich jesteśmy sami, bo banderowcy nie mordowali innych podbitych narodów, gdyż żadnego nie podbili, ani nie byli sprawcami holokaustu), pozyskać dla tego epizodu historii opinię historyków europejskich. I podnieść alarm wtedy, gdy ta krytyczna refleksja nie nastąpi ani nie zaistnieją szansę na jej rozpoczęcie.
Tymczasem powinniśmy jako Polacy pokazywać zrozumienie i przynajmniej moralnie wspierać naród ukraiński w jego dążeniach wolnościowych i demokratycznych, słać pomoc rzeczową, tak jak sami byliśmy jej beneficjentami po wprowadzeniu stanu wojennego i wyrzec się uprzedzeń. Cóż warte są nasze gadki o rzekomej tolerancyjności naszego narodu, gdy pogardliwe, nienawistne słowa jej przeczą?
czwartek, 27 marca 2014
Anntysemityzm wiecznie żywy
No, prawie wieczny, bo pojawił się już we wczesnym średniowieczu. Ale, co najgorsze, wciąż trwa i wciąż na nowo się odradza.
W pierwszych wiekach naszej ery Żydzi ze swoim jednym bogiem Jahwe, do tego niewidzialnym, bo przedstawianie jego wizerunków nie w chodziło w rachubę, budzili zdziwienie wśród ludów, które miały bogów od różnych spraw, a ci bogowie mieli swoje posągi i malowane wyobrażenia. Brak posągów i malowideł w żydowskich świątyniach pozwalał domniemywać, że byli bezbożnikami.Prześladowania Żydów w Europie zaczęły się na szerszą skalę w średniowieczu, gdy zapanowała tu religia chrześcijańska. Ich pierwsza fala wiązała się z krucjatami. Wprawdzie ich celem był Bliski Wschód, ale po drodze niejako ich uczestnicy napadali na skupiska Żydów w Hiszpanii i innych krajach zachodniej Europy. Zabijano całe rodziny.A że były to wieki wiary w diabła i zabobony, więc każde zdarzenia trudniejsze do wyjaśnienia przypisywano siłom nadprzyrodzonym lub istotom przeze nie kierowanym. Żydzi byli obwiniani za epidemie chorób, a gdy w czym skutecznie pomogli, też obwiniano ich o pakty z diabłami.Jako niejedzący mięsa świńskiego, więc uznawano, że są ze świniami spokrewnieni, a więc gorsi.Wierzono, że ich dzieci rodzą się ślepe, co w ogóle pozwalało na uważanie ich za istoty bliskie zwierzętom. Rozpowszechniona była - aż do połowy XX wieku - opowieść o tym, że do macy potrzebna jest im krew nieżydowskich dzieci. Absurdalna choćby z tego powodu, że religia zabraniała Żydom jedzenia czekolwiek z krwią. Temu przeciez służy koszerny ubój zwierząt. W tym miejscu warto przypomnieć, że znany z najnowszej historii pogrom kielecki w 1946 r.zaczął się od plotki o porwaniu chłopca w celu życiu krwi na macę. Powszechna była wiara o tym, że Żydzi profanowali hostię, kłując ja szpilkami aż do chwili, gdy pokazała się na niej krew. Oczywiście Jezusa.O tym, że obwiniani byli za zamordowanie Jezusa już wspominać nie warto. Absurdalne to przekonanie, bo przecież śmierć Syna Bożego została zasądzona przez urzędników rzymskich i przez Rzymian dokonana. Ale do dziś uważa się, że pod naciskiem Żydów.
Niektóre z tych bzdur były dementowane przez papieży, ale wiele było raf poprzez które te prowincjonalnych kapłanów, a tym bardziej do ludu nie trafiały.
W średniowiecznej Polsce Żydzi też uważani byli za ludzi gorszych. Książę Bolesław Pobożny w 1264 r. nadał Żydom Statut kaliski, liczący 36 punktów. W większości były to zakazy różnego typu przemocy wobec Żydów (zabijania lub ranienia, niszczenia cmentarzy, demolowania szkół lub rozpowszechniania plotek o używaniu krwi chrześcijańskiej itd.), co jako żywo dowodzi.że byli prześladowani. Władcy polscy ochraniali też Żydów nadając im prawa osiedlania się w miastach. W końcu jednak kuria rzymska uznała, że ta pomoc idzie za daleko, że należy separować Żydów od chrześcijan.
Narodzenie się nacjonalizmów na przełomie XVIII i XIX w. przyniosło nową fale prześladowań. Już nie na tle religijnym, ale rasistowskim. W sposób "naukowy" ustalono, że Żydzi jako nie należący do najlepszej wśród ludzi rasy aryjskiej (wywodzącej się ponoć z północnych Indii) są istotami gorszego gatunku, a ich obecność w Europie zagraża czystości rasy ludzi białych. Należało więc na różne sposoby sprawić, żeby się z Europy wynieśli. Przypisywano im więc najgorsze ludzkie cechy, ograniczano prawa (do nabywania ziemi, wykonywania coraz to innych zawodów, pełnienia funkcji publicznych, kształcenia się do różnych zawodów, zamieszkiwania w większych miastach lub w ich centrach). Apogeum były ustawy norymberskie z 1935 r., a wreszcie "rozwiązanie kwestii żydowskiej" przez nazistów.
Można było mieć złudzenia, że po tym wszystkim antysemityzm stanie się czymś wstydliwym, że będzie tylko ciemna plama w dziejach Europy. Niestety, tak si.e nie stało. Widać to w Polsce. Dosłownie. Sam zrobiłem zdjęcie gwiazdy Dawidowej na szubienicy, wymalowanej w przedziale pociągu ekspresowego na linii Warszawa-Wrocław. Ale nie byłoby tych malowideł, gdyby nie przyzwalający na antysemityzm klimat w naszym kraju. W sukurs antysemitom idą fałszerstwa historyczne o żydokomunie, o tym, że podobno stali się sojusznikami Sowietów po zajęciu wschodnich części Polski w 1939 r. (nic to, że to oni właśnie stanowili większość zesłanych na Sybir mieszkańców Polski i dzięki temu ocaleli od holokaustu), że to oni stanowili większość UB-eków prześladujących po wojnie AK-owców, że to oni de facto rządzą Polską ukrywając się pod polskimi nazwiskami lub sterując rządzącymi Polakami "z tylnego siedzenia". Prof. Sławiński przytoczył historię o tym, jak ktoś ze środowiska naukowego powiedział o nim, że "przyznał się do żydowskiego pochodzenia". Przyznał, a więc jest to coś wstydliwego! Polacy francuskiego, szwedzkiego czy austriackiego pochodzenia o tym informują, Polacy pochodzenia żydowskiego przyznają się do tego.Ulubioną "rozrywką" Polaków jest dywagowanie, czy jakaś znana postać - polityk, aktor, naukowiec - nie ma aby żydowskich korzeni. Śladami są nie tylko nazwiska (Axer, Englert, Kondrat, Geremek), ale cechy fizyczne (zwłaszcza wydatny nos) oraz paskudne cechy charakteru, a więc robienie kariery, intryganctwo lub chęć bogacenia się. Byłem świadkiem takich dywagacji.
Piszę o tym na podstawie dopiero co przeczytanej książki Bożeny Keff "Antysemityzm : niezamknięta historia" (Warszawa : Czarna owca, 2013). Autorka porusza w niej nie tylko historię prześladowań Żydów (i znaczący w nich udział chrześcijaństwa) na przestrzeni dziejów, lecz także próby radzenia sobie z nimi przez asymilację w narodach, wśród których żyli, poszukiwaniu sfer życia, w których mogli znośnie lub choćby tylko w biedzie egzystować, dystansowania się od swych korzeni (amerykański badacz Sander Gilman nazwał to samonienawiścią, self-hatred) oraz obyczajowości w kontekście kultury żydowskiej.
Autorka dodała kilkanaście ilustracji, głównie o charakterze satyrycznym i religijnym, świadczących o traktowaniu Żydów przez aryjczyków. Wydawało się, że po malowidłach w katedrze sandomierskiej nic nie już nie przerazi i nie zdziwi. Ale te reprodukcje mną wstrząsnęły. W międzywojennej prasie polskiej Żydzi swym wyglądem sprawiają wrażenie czegoś pośredniego miedzy człowiekiem a zwierzęciem. A na jednej ilustracji można zobaczyć egzemplarze szarańczy o ciemnej karnacji i wydatnych semickich nosach i tzw. semickim typie twarzy. Powstaje pytanie: kto tu jest zwierzęciem? Czy nie aby twórca i edytor tych rysunków?
W pierwszych wiekach naszej ery Żydzi ze swoim jednym bogiem Jahwe, do tego niewidzialnym, bo przedstawianie jego wizerunków nie w chodziło w rachubę, budzili zdziwienie wśród ludów, które miały bogów od różnych spraw, a ci bogowie mieli swoje posągi i malowane wyobrażenia. Brak posągów i malowideł w żydowskich świątyniach pozwalał domniemywać, że byli bezbożnikami.Prześladowania Żydów w Europie zaczęły się na szerszą skalę w średniowieczu, gdy zapanowała tu religia chrześcijańska. Ich pierwsza fala wiązała się z krucjatami. Wprawdzie ich celem był Bliski Wschód, ale po drodze niejako ich uczestnicy napadali na skupiska Żydów w Hiszpanii i innych krajach zachodniej Europy. Zabijano całe rodziny.A że były to wieki wiary w diabła i zabobony, więc każde zdarzenia trudniejsze do wyjaśnienia przypisywano siłom nadprzyrodzonym lub istotom przeze nie kierowanym. Żydzi byli obwiniani za epidemie chorób, a gdy w czym skutecznie pomogli, też obwiniano ich o pakty z diabłami.Jako niejedzący mięsa świńskiego, więc uznawano, że są ze świniami spokrewnieni, a więc gorsi.Wierzono, że ich dzieci rodzą się ślepe, co w ogóle pozwalało na uważanie ich za istoty bliskie zwierzętom. Rozpowszechniona była - aż do połowy XX wieku - opowieść o tym, że do macy potrzebna jest im krew nieżydowskich dzieci. Absurdalna choćby z tego powodu, że religia zabraniała Żydom jedzenia czekolwiek z krwią. Temu przeciez służy koszerny ubój zwierząt. W tym miejscu warto przypomnieć, że znany z najnowszej historii pogrom kielecki w 1946 r.zaczął się od plotki o porwaniu chłopca w celu życiu krwi na macę. Powszechna była wiara o tym, że Żydzi profanowali hostię, kłując ja szpilkami aż do chwili, gdy pokazała się na niej krew. Oczywiście Jezusa.O tym, że obwiniani byli za zamordowanie Jezusa już wspominać nie warto. Absurdalne to przekonanie, bo przecież śmierć Syna Bożego została zasądzona przez urzędników rzymskich i przez Rzymian dokonana. Ale do dziś uważa się, że pod naciskiem Żydów.
Niektóre z tych bzdur były dementowane przez papieży, ale wiele było raf poprzez które te prowincjonalnych kapłanów, a tym bardziej do ludu nie trafiały.
W średniowiecznej Polsce Żydzi też uważani byli za ludzi gorszych. Książę Bolesław Pobożny w 1264 r. nadał Żydom Statut kaliski, liczący 36 punktów. W większości były to zakazy różnego typu przemocy wobec Żydów (zabijania lub ranienia, niszczenia cmentarzy, demolowania szkół lub rozpowszechniania plotek o używaniu krwi chrześcijańskiej itd.), co jako żywo dowodzi.że byli prześladowani. Władcy polscy ochraniali też Żydów nadając im prawa osiedlania się w miastach. W końcu jednak kuria rzymska uznała, że ta pomoc idzie za daleko, że należy separować Żydów od chrześcijan.
Narodzenie się nacjonalizmów na przełomie XVIII i XIX w. przyniosło nową fale prześladowań. Już nie na tle religijnym, ale rasistowskim. W sposób "naukowy" ustalono, że Żydzi jako nie należący do najlepszej wśród ludzi rasy aryjskiej (wywodzącej się ponoć z północnych Indii) są istotami gorszego gatunku, a ich obecność w Europie zagraża czystości rasy ludzi białych. Należało więc na różne sposoby sprawić, żeby się z Europy wynieśli. Przypisywano im więc najgorsze ludzkie cechy, ograniczano prawa (do nabywania ziemi, wykonywania coraz to innych zawodów, pełnienia funkcji publicznych, kształcenia się do różnych zawodów, zamieszkiwania w większych miastach lub w ich centrach). Apogeum były ustawy norymberskie z 1935 r., a wreszcie "rozwiązanie kwestii żydowskiej" przez nazistów.
Można było mieć złudzenia, że po tym wszystkim antysemityzm stanie się czymś wstydliwym, że będzie tylko ciemna plama w dziejach Europy. Niestety, tak si.e nie stało. Widać to w Polsce. Dosłownie. Sam zrobiłem zdjęcie gwiazdy Dawidowej na szubienicy, wymalowanej w przedziale pociągu ekspresowego na linii Warszawa-Wrocław. Ale nie byłoby tych malowideł, gdyby nie przyzwalający na antysemityzm klimat w naszym kraju. W sukurs antysemitom idą fałszerstwa historyczne o żydokomunie, o tym, że podobno stali się sojusznikami Sowietów po zajęciu wschodnich części Polski w 1939 r. (nic to, że to oni właśnie stanowili większość zesłanych na Sybir mieszkańców Polski i dzięki temu ocaleli od holokaustu), że to oni stanowili większość UB-eków prześladujących po wojnie AK-owców, że to oni de facto rządzą Polską ukrywając się pod polskimi nazwiskami lub sterując rządzącymi Polakami "z tylnego siedzenia". Prof. Sławiński przytoczył historię o tym, jak ktoś ze środowiska naukowego powiedział o nim, że "przyznał się do żydowskiego pochodzenia". Przyznał, a więc jest to coś wstydliwego! Polacy francuskiego, szwedzkiego czy austriackiego pochodzenia o tym informują, Polacy pochodzenia żydowskiego przyznają się do tego.Ulubioną "rozrywką" Polaków jest dywagowanie, czy jakaś znana postać - polityk, aktor, naukowiec - nie ma aby żydowskich korzeni. Śladami są nie tylko nazwiska (Axer, Englert, Kondrat, Geremek), ale cechy fizyczne (zwłaszcza wydatny nos) oraz paskudne cechy charakteru, a więc robienie kariery, intryganctwo lub chęć bogacenia się. Byłem świadkiem takich dywagacji.
Piszę o tym na podstawie dopiero co przeczytanej książki Bożeny Keff "Antysemityzm : niezamknięta historia" (Warszawa : Czarna owca, 2013). Autorka porusza w niej nie tylko historię prześladowań Żydów (i znaczący w nich udział chrześcijaństwa) na przestrzeni dziejów, lecz także próby radzenia sobie z nimi przez asymilację w narodach, wśród których żyli, poszukiwaniu sfer życia, w których mogli znośnie lub choćby tylko w biedzie egzystować, dystansowania się od swych korzeni (amerykański badacz Sander Gilman nazwał to samonienawiścią, self-hatred) oraz obyczajowości w kontekście kultury żydowskiej.
Autorka dodała kilkanaście ilustracji, głównie o charakterze satyrycznym i religijnym, świadczących o traktowaniu Żydów przez aryjczyków. Wydawało się, że po malowidłach w katedrze sandomierskiej nic nie już nie przerazi i nie zdziwi. Ale te reprodukcje mną wstrząsnęły. W międzywojennej prasie polskiej Żydzi swym wyglądem sprawiają wrażenie czegoś pośredniego miedzy człowiekiem a zwierzęciem. A na jednej ilustracji można zobaczyć egzemplarze szarańczy o ciemnej karnacji i wydatnych semickich nosach i tzw. semickim typie twarzy. Powstaje pytanie: kto tu jest zwierzęciem? Czy nie aby twórca i edytor tych rysunków?
czwartek, 20 marca 2014
Jesteśmy inwigilowani - na własne życzenie?
Czym innym są moje blogi, jak nie wyrazem nawet nie zgody na bycie inwigilowanym, lub wręcz oczekiwania na nią! Bo piszę tu o sobie: moich poczynaniach, moich przeżyciach, moich lekturach i moich wyborach ideowych i codziennie zaglądam na licznik odwiedzin i cieszy mnie, gdy jest ich chociaż trochę. A są tacy, którzy załączają swoje zdjęcia lub filmiki i poruszają kwestie bardzo osobiste, wręcz intymne. A cóż dopiero dzieje się z celebrytami! Treścią ich życia jest dążenie do regularnego pojawiania się w kolorowych pismach, w plotkarskich na kanałach telewizyjnych i portalach internetowych, niekiedy za każdą cenę, tyle tylko wzbudzić zainteresowanie.
Przyzwalamy także na inwigilowanie nas z potrzeby poczucia bezpieczeństwa. Oswoiliśmy się z wszechobecnymi kamerami w sklepach, bankach, publicznych miejscach w miastach, na szosach i autostradach.
Ale bywa ona także dokuczliwa, o czym przekonujemy się otrzymując liczne oferty usług i dóbr materialnych. Wystarczy, że raz gdzieś za coś zapłaciliśmy kartą bankową, spłaciliśmy w terminie kredyt lub skorzystali z wypoczynku oferowanego przez biuro turystyczne. Ja np. długo uwalniałem się (i nie wiem, czy uwolniłem się definitywnie) od dostawcy win, który na zachętę sprzedał mi pakiet istotnie dobrych win za przyzwoitą cenę a teraz chce mi sprzedawać za ok. 60 % drożej. Z drugiej strony jednak można dzięki takiej inwigilacji uzyskać wyższy status konsumenta, mogącego korzystać z wysokich rabatów, atrakcyjnych form płatności i nie nękanego reklamami wszystkiego, lecz dostosowanymi do stwierdzonych dzięki inwigilacji preferencji i gotowości wydatków.
Jesteśmy inwigilowani w coraz bardziej przemyślny sposób. Nie tylko przez coraz bardziej powszechne kamery, nie tylko przez analizę naszych zachowań konsumenckich czy wypowiedzi na forach społecznościowych, ale przez samoloty bezzałogowe, zwane dronami. Tyle tylko, że nie zdajemy sobie sprawy, że dron może mieć wielkość awionetki czy szybowca, ale może mieć też wielkość ważki i być tak sterowany, że np. osiądzie na parapecie okna. Na szczęście (?) na razie są one wykorzystywane głównie do celów militarnych i wywiadu gospodarczego.Ale gdy technologia stanie się tańsza...
Już jakiś tydzień temu skończyłem czytać frapujący dialog między dwoma wnikliwymi obserwatorami i komentatorami współczesności Zygmuntem Baumanem i amerykańskim socjologiem Davidem Lyonem opublikowany w tomie pod znamiennym tytułem "Płynna inwigilacja" (Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2013). Można już było wcześniej oswoić się z terminem "płynna" czy "płynny" w ujęciu Baumana, który używa go w odniesieniu do naszych czasów już od ok. dwudziestu lat, a co oznacza upłynnianie się trwałych do niedawna form społecznych. Płynne stały się struktury społeczne (co to jest dziś np. klasa robotnicza lub rolnicy?), granice państw (albo ich fizycznie nie zauważamy, albo natykamy się w takich miejscach jak biura celne np. we Wrocławiu lub na lotniskach), gatunki twórczości artystycznej itd.
Płynna jest więc i inwigilacja, gdyż oprócz tej organizowanej w sposób zamierzony w założonych z góry celach, pojawiło się mnóstwo jej rozmaitych przejawów i mających rozmaite społeczne konsekwencje. Dlatego też żeby uniknąć psychicznych konsekwencji świadomości bycia inwigilowanym niemal na każdym kroku, Zygmunt Bauman proponuje zarzucenie myślenia w kategoriach "nigdy nie będziesz miał pewności, czy akurat nie jesteś obserwowany, dlatego nigdy nie pozbędziesz się poczucia, że jesteś obserwowany" na rzecz obietnicy "Nigdy nie będziesz sam" - porzucony, zignorowany i zlekceważony, zbojkotowany i wykluczony. I poniekąd takie myślenie staje się coraz bardziej powszechne. Facebook, przysparzanie sobie na nim coraz bardziej licznych znajomych, jest tego najlepszym dowodem.
Niepodobna przytaczać tu liczne zawarte w książce konstatacje, bo jest ich w niej nieprzebrane mnóstwo, a każda pozwala nam lepiej zrozumieć czasy, w których żyjemy i współczesne mechanizmy relacji społecznych. Czasem ma się wrażenie, że przeczuwaliśmy, że to tak wygląda, jak autorzy piszą, brakowało tylko umiejętności wyjaśnienia sobie przyczyn, ale czasem w wyniku lektury ma się wrażenie olśnienia: a więc tak to jest!
Dialog miedzy dwiema znakomitościami współczesnej humanistyki nasycony jest licznymi przywołaniami myśli i konstatacji innych badaczy i myślicieli, raz w celu wskazania inspiracji dla własnych przemyśleń, innym razem dla utwierdzenia się w ich słuszności, a czytelnik dzięki nim będzie mógł poszerzyć własną erudycję i zyskać inspiracje do dalszych lektur. Mnie ujęła wzajemna rewerencja obu "rozmówców" (na tom składają się zapisy ich mailowej korespondencji), zarówno wtedy, gdy wyrażają swoją zgodę na wyrażane tezy, jak i wtedy, gdy dochodzi między nimi do kontrowersji.
Jak w wielu innych przypadkach, tak i ta książka jest przekładem z angielskiego, ale nie znając oryginału mam nieodparte wrażenie, że doświadczony tłumacz Tomasz Kunz nie uronił on niczego z błyskotliwości myśli obu uczonych, zawierając je w pięknym polskim słowie.

Przyzwalamy także na inwigilowanie nas z potrzeby poczucia bezpieczeństwa. Oswoiliśmy się z wszechobecnymi kamerami w sklepach, bankach, publicznych miejscach w miastach, na szosach i autostradach.
Ale bywa ona także dokuczliwa, o czym przekonujemy się otrzymując liczne oferty usług i dóbr materialnych. Wystarczy, że raz gdzieś za coś zapłaciliśmy kartą bankową, spłaciliśmy w terminie kredyt lub skorzystali z wypoczynku oferowanego przez biuro turystyczne. Ja np. długo uwalniałem się (i nie wiem, czy uwolniłem się definitywnie) od dostawcy win, który na zachętę sprzedał mi pakiet istotnie dobrych win za przyzwoitą cenę a teraz chce mi sprzedawać za ok. 60 % drożej. Z drugiej strony jednak można dzięki takiej inwigilacji uzyskać wyższy status konsumenta, mogącego korzystać z wysokich rabatów, atrakcyjnych form płatności i nie nękanego reklamami wszystkiego, lecz dostosowanymi do stwierdzonych dzięki inwigilacji preferencji i gotowości wydatków.
Jesteśmy inwigilowani w coraz bardziej przemyślny sposób. Nie tylko przez coraz bardziej powszechne kamery, nie tylko przez analizę naszych zachowań konsumenckich czy wypowiedzi na forach społecznościowych, ale przez samoloty bezzałogowe, zwane dronami. Tyle tylko, że nie zdajemy sobie sprawy, że dron może mieć wielkość awionetki czy szybowca, ale może mieć też wielkość ważki i być tak sterowany, że np. osiądzie na parapecie okna. Na szczęście (?) na razie są one wykorzystywane głównie do celów militarnych i wywiadu gospodarczego.Ale gdy technologia stanie się tańsza...
Już jakiś tydzień temu skończyłem czytać frapujący dialog między dwoma wnikliwymi obserwatorami i komentatorami współczesności Zygmuntem Baumanem i amerykańskim socjologiem Davidem Lyonem opublikowany w tomie pod znamiennym tytułem "Płynna inwigilacja" (Kraków : Wydawnictwo Literackie, 2013). Można już było wcześniej oswoić się z terminem "płynna" czy "płynny" w ujęciu Baumana, który używa go w odniesieniu do naszych czasów już od ok. dwudziestu lat, a co oznacza upłynnianie się trwałych do niedawna form społecznych. Płynne stały się struktury społeczne (co to jest dziś np. klasa robotnicza lub rolnicy?), granice państw (albo ich fizycznie nie zauważamy, albo natykamy się w takich miejscach jak biura celne np. we Wrocławiu lub na lotniskach), gatunki twórczości artystycznej itd.
Płynna jest więc i inwigilacja, gdyż oprócz tej organizowanej w sposób zamierzony w założonych z góry celach, pojawiło się mnóstwo jej rozmaitych przejawów i mających rozmaite społeczne konsekwencje. Dlatego też żeby uniknąć psychicznych konsekwencji świadomości bycia inwigilowanym niemal na każdym kroku, Zygmunt Bauman proponuje zarzucenie myślenia w kategoriach "nigdy nie będziesz miał pewności, czy akurat nie jesteś obserwowany, dlatego nigdy nie pozbędziesz się poczucia, że jesteś obserwowany" na rzecz obietnicy "Nigdy nie będziesz sam" - porzucony, zignorowany i zlekceważony, zbojkotowany i wykluczony. I poniekąd takie myślenie staje się coraz bardziej powszechne. Facebook, przysparzanie sobie na nim coraz bardziej licznych znajomych, jest tego najlepszym dowodem.
Niepodobna przytaczać tu liczne zawarte w książce konstatacje, bo jest ich w niej nieprzebrane mnóstwo, a każda pozwala nam lepiej zrozumieć czasy, w których żyjemy i współczesne mechanizmy relacji społecznych. Czasem ma się wrażenie, że przeczuwaliśmy, że to tak wygląda, jak autorzy piszą, brakowało tylko umiejętności wyjaśnienia sobie przyczyn, ale czasem w wyniku lektury ma się wrażenie olśnienia: a więc tak to jest!
Dialog miedzy dwiema znakomitościami współczesnej humanistyki nasycony jest licznymi przywołaniami myśli i konstatacji innych badaczy i myślicieli, raz w celu wskazania inspiracji dla własnych przemyśleń, innym razem dla utwierdzenia się w ich słuszności, a czytelnik dzięki nim będzie mógł poszerzyć własną erudycję i zyskać inspiracje do dalszych lektur. Mnie ujęła wzajemna rewerencja obu "rozmówców" (na tom składają się zapisy ich mailowej korespondencji), zarówno wtedy, gdy wyrażają swoją zgodę na wyrażane tezy, jak i wtedy, gdy dochodzi między nimi do kontrowersji.
Jak w wielu innych przypadkach, tak i ta książka jest przekładem z angielskiego, ale nie znając oryginału mam nieodparte wrażenie, że doświadczony tłumacz Tomasz Kunz nie uronił on niczego z błyskotliwości myśli obu uczonych, zawierając je w pięknym polskim słowie.
sobota, 1 lutego 2014
Eurowybory: najważniejsze to wygrać. A potem?
Zaczął się już karnawał wyborczy, który potrwa blisko dwa lata. Źle się chyba stało, że zaczyna się od wyrobów do Europarlamentu. Bo przyjmuje się powszechnie, że ich wynik może w znacznym stopniu wpłynąć może niekoniecznie na wybory samorządowe, ale na pewno na prezydenckie, a zwłaszcza na parlamentarne. Czyli która partia czy blok partii uzyska w nich dobry wynik, ta może liczyć na dobre wyniki w następnych wyborach..A dla jeszcze innych dobry indywidualny wynik będzie sygnałem, że mogą oni liczyć na sukces w wyborach samorządowych, szczególnie smacznym kąskiem są stanowiska prezydentów miast metropolitalnych, ze stolicą na czele. Co oznacza, że w razie sukcesu na krajowej scenie politycznej, gotowi są zrezygnować z mandatów do Parlamentu Europejskiego. W efekcie doprowadza do dezorientacji wyborców, którzy muszą sobie zdawać sprawę, że nawet jeśli skutecznie zagłosują na swego faworyta, on po wygraniu nie zechce ich reprezentować na scenie europejskiej. W rezultacie mandat otrzyma ktoś z drugiego lub dalszego miejsca, kto nie uzyskał znaczącego poparcia. Wreszcie nie brak i takich, którzy traktują szanse na wybór jako szanse na "ustawienie się w życiu" i podróże po świecie za pieniądze podatników. Mandat europosła jest bowiem nader intratny. Przeciętny obywatel kraju nie zarobi w rok tego, co zarobi europoseł w miesiąc, korzystając ponadto z innych przywilejów. Można więc przypuszczać, że eurowybory, które i tak nie wzbudzają większego zainteresowania, zostaną przez wyborców zlekceważone. I nie spełnią swojej funkcji jako sygnał poparcia dla poszczególnych partii i ich kandydatów, gdyż będą mało wiarygodne.
niedziela, 5 stycznia 2014
Krytyka feminizmu
Jeśli ktoś liczy na to, że spotka się tu z frontalnym atakiem na feminizm, to może już darować sobie dalszą lekturę mego wpisu. Choć po prawdzie przebieg I Kongresu Kobiet we Wrocławiu i reakcje na moje spisane tu wrażenia, były dla mnie w jakimś stopniu rozczarowujące. Nie na tyle jednak, żeby mnie do zainteresowania tą kwestią zniechęcić.
Ale tym razem chcę napisać tylko o krytyce głównego nurtu feministycznego "uprawianego" przez wykształcone na ogół kobiety, w dużej części z szeroko rozumianej klasy średniej, nie godzących się z nierównością praw, głównie w pracy (poczynając od zatrudnienia, przez dyskryminację w płacach, po bariery w osiąganiu wysokich pozycji w hierarchii stanowisk), w polityce, ale też i w obowiązkach rodzinnych.
Ale tym razem chcę napisać tylko o krytyce głównego nurtu feministycznego "uprawianego" przez wykształcone na ogół kobiety, w dużej części z szeroko rozumianej klasy średniej, nie godzących się z nierównością praw, głównie w pracy (poczynając od zatrudnienia, przez dyskryminację w płacach, po bariery w osiąganiu wysokich pozycji w hierarchii stanowisk), w polityce, ale też i w obowiązkach rodzinnych.
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Liberalizm a neoliberalizm
Jakieś półtora roku temu goszczący we Wrocławiu prof. Leszek Balcerowicz wygłosił odczyt na temat koniecznych reform polskiej gospodarki. W swoim stylu: a więc receptą na potrzebne zmiany jest prywatyzacja i reprywatyzacja, a więc swoboda działania tzw. niewidzialnej ręki rynku. Oczywiście, upraszczam tu przekaz, ale chyba w sposób zasadniczy nie zniekształcam.
W dyskusji ktoś ze słuchaczy nazwał ten sposób myślenia o gospodarce neoliberalizmem. Gość się obruszył i odpowiedział pytaniem "A cóż to jest neoliberalizm?". Miało to oznaczać, że jest to neologizm, który ma w zamierzeniu nadać tego rodzaju koncepcji wydźwięk pejoratywny. Że, idąc dalej, jest to zbędna etykietka, gdyż liberalizm i neoliberalizm to jest to samo, tylko jedno brzmi dumnie, a drugie nie bardzo.
Przyznaję, że sam poczułem pewną bezradność i zacząłem szukać odpowiedzi w literaturze. Niezbyt intensywnie, bo to przecież nie moja domena, ale gdy trafiła mi w ręce książka o liberalizmie, próbowałem coś znaleźć o neoliberalizmie. Bez skutku. Mam w bibliotece grubą antologię "Odkrywając wolność" zredagowaną przez prof. Balcerowicza. Wybiórczą, bo pomijającą teksty klasyków liberalizmu. Zebrane w nim pisma wyrażają pogląd, że liberalizm to wolność gospodarcza, którą państwa ograniczają respektując żądania rozmaitych populistów i i roszczeniowców, głównie, rzecz jasna, związków zawodowych.
W dyskusji ktoś ze słuchaczy nazwał ten sposób myślenia o gospodarce neoliberalizmem. Gość się obruszył i odpowiedział pytaniem "A cóż to jest neoliberalizm?". Miało to oznaczać, że jest to neologizm, który ma w zamierzeniu nadać tego rodzaju koncepcji wydźwięk pejoratywny. Że, idąc dalej, jest to zbędna etykietka, gdyż liberalizm i neoliberalizm to jest to samo, tylko jedno brzmi dumnie, a drugie nie bardzo.
Przyznaję, że sam poczułem pewną bezradność i zacząłem szukać odpowiedzi w literaturze. Niezbyt intensywnie, bo to przecież nie moja domena, ale gdy trafiła mi w ręce książka o liberalizmie, próbowałem coś znaleźć o neoliberalizmie. Bez skutku. Mam w bibliotece grubą antologię "Odkrywając wolność" zredagowaną przez prof. Balcerowicza. Wybiórczą, bo pomijającą teksty klasyków liberalizmu. Zebrane w nim pisma wyrażają pogląd, że liberalizm to wolność gospodarcza, którą państwa ograniczają respektując żądania rozmaitych populistów i i roszczeniowców, głównie, rzecz jasna, związków zawodowych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)